Joyce Carol Oates "Blondynka"
Myślę, że nie tylko dla mnie Marylin Monroe jest absolutną ikoną kina. Jej role są obecnie uznawane za klasyczne, a jej życie obrosło w legendę. Widziałam dziewczyny, które do tej pory starają się naśladować jej styl, Marylin jest po prostu ponadczasową inspiracją. Tym bardziej oznaczało to, że musiałam mieć książkę o niej!
Po tej lekturze wiem już dwie rzeczy: kompletnie nie miałam świadomości, jak wyglądało życie Marylin Monroe i miałam jego jakąś totalnie romantyczną wersję w głowie, a dwa... jednak istnieją książki, których nie jestem w stanie przeczytać do końca.
Filmy z M. M. uwielbiam, do moich ulubionych należy Książę i aktoreczka. Z anegdot pamiętam najlepiej tę, w której Marylin powiedziała do Einsteina, że gdyby mieli wspólne dziecko, to byłoby ono piękne i bardzo mądre, a Einstein jej na to, że drugą opcją jest, że byłoby brzydkie i głupie. Ale sama Monroe do głupich nie należała - była naprawdę oczytana, a do jej ulubionych pisarzy należał chociażby Dostojewski. Na każdym zdjęciu, na którym ją widziałam najbardziej charakterystyczny jest promienny uśmiech, który dla mnie osobiście do tej pory był wręcz zaraźliwy. Chociaż po lekturze jej życiorysu raczej już nie spojrzę na jej zdjęcia tak samo...
A czego nie wiedziałam? Że od urodzenia wychowywała się w rodzinach zastępczych, ponieważ jej matka nie była w stanie pogodzić opieki nad niemowlęciem i pracy zawodowej. Gdy w końcu matka wzięła ją do siebie, wkrótce zdiagnozowano u niej schizofrenię i została umieszczona w szpitalu psychiatrycznym, a sześcioletnia M.M. trafiła do domu dziecka. W późniejszych latach znów zaopiekowała się nią rodzina zastępcza, a gdy miała 16 lat wyszła za mąż, by uniknąć powrotu do domu dziecka (jej rodzina zastępcza zmieniała miejsce zamieszkania).
Została przypadkiem odkryta przez fotografa, który przyszedł do jej zakładu pracy. Wówczas postanowiła skupić się na modelingu. Jednak była ambitna - chciała zostać aktorką. Zmieniła kolor włosów, przeszła operacje plastyczne... i została seksbombą ówczesnych lat. Nie chciała jednak grywać tylko sztampowych ról, a studia, z którymi miała podpisane kontrakty tylko w takich rolach ją widziały. Dlatego M.M. postanowiła założyć własną wytwórnię, a wyprodukowanym przez nią filmem był właśnie Książę i aktoreczka.
Przez całe swoje życie zawodowe zmagała się ze stanami lękowymi i tremą, dlatego zaczęła brać leki, a z czasem narkotyki, żeby utrzymać kruchą równowagę psychiczną. Niestety, to tylko nasilało jej objawy i negatywnie wpływało na jej formę w pracy. Marylin była postrzegana jako trudna we współpracy aktorka, wiecznie spóźniająca się, nie potrafiąca się nauczyć roli.
I tak aż do smutnego końca, kiedy to przedawkowała leki, a policja uznała to za niezamierzone samobójstwo. A jak było naprawdę? Chyba nigdy się tego nie dowiemy.
To jest jedyny plus tej książki... poznałam ciut lepiej losy gwiazdy, którą do tej pory bardzo podziwiałam (choć głównie wizualnie). Ale przez samą książkę do końca nie przebrnęłam niestety. Przede wszystkim absolutnie nie odpowiadał mi styl, jakim została napisana. I nie wiem czy to jest kwestia tłumaczenia czy samej autorki, ale... umęczyłam się. Miałam wrażenie, jakby autorka myślała o treści swojej książki obrazami i przelewała je na papier, a czytelnik niech się męczy. Cóż... mam zupełnie inne doświadczenia i nie potrafię tak myśleć obrazami, dlatego poetyckie opisy wyglądu, uczuć, próby ujęcia rzeczy ulotnych, najczęściej rozumianych z kontekstu... po prostu sprawiały, że czytanie szło mi jak po grudzie. Kilka razy musiałam czytać niektóre zdania, żeby zrozumieć ich sens (tu może być wina tłumaczenia).
Na pewno winą tłumaczenia nie było to, że autorka opisywała jedno zdarzenie, potem wrzucała jakiś cytat z dorosłej M.M., żeby zacząć po chwili kolejny wątek, a już w następnym akapicie... wrócić do punktu wyjścia. Przez pierwszych 70 stron była opisywana relacja z matką w taki sposób, że dopiero z internetu dowiedziałam się, jak to wyglądało naprawdę, bo książki... nie zrozumiałam.
Dlatego... rzadko mi się to zdarza, a ostatnio nie pamiętam sytuacji, żebym nie dokończyła książki, nawet jeśli mi się nie spodobała... ale odłożyłam ją i zabrałam się za kolejne. Cóż... to na pewno nie była książka w moim stylu. Ruszam więc do kolejnej lektury!


Komentarze
Prześlij komentarz