Ana Johns "Kobieta w białym kimonie"

 

Zamawiając książki przedpremierowo sporo się ryzykuje - to trochę takie kupowanie kota w worku. Nie wszystkie książki, które kupiłam w ostatnim czasie mnie wciągnęły, kończyłam je głównie dlatego, że skoro już je kupiłam, to przynajmniej chciałam móc coś o nich szczerze napisać. Tym większym zaskoczeniem była "Kobieta w białym kimonie" Any Johns, literacki debiut autorki. Początkowo po opisie spodziewałam się romansu... I romans był, ale przede wszystkim była też ogromna duchowa podróż w poszukiwaniu siebie. 

Tori Kovač, dziennikarka śledcza, przechodzi właśnie najgorszy czas w swoim życiu - towarzyszy swojemu umierającemu ojcu, którego wręcz ubóstwia. Swoje dzieciństwo kojarzy głównie z bajkami opowiadanymi przez ojca i tym trudniej jest pogodzić własne wspomnienia z wrakiem człowieka, jakim się stał przez chorobę nowotworową. Pewnego dnia Tori znajduje list, który jej ojciec wysłał do Japonii, ale wrócił z powodu błędnego adresu. Początkowo ojciec unika rozmowy na ten temat, jednak na łożu śmierci prosi córkę, aby go przeczytała. To właśnie wtedy Tori dowiaduje się, że jej ojciec ma jeszcze jedną córkę, która została w Japonii. Ponieważ ojciec kobiety umiera, zostaje ona sama ze swoimi wątpliwościami, rozgoryczeniem i poczuciem, że obraz ojca, który miała w swojej głowie rozpadł się, jak lustro, na milion kawałków. Robi więc to, co potrafi najlepiej - rozpoczyna śledztwo, które zaprowadzi ją aż do kraju kwitnącej wiśni i odkrycia, że w każdej historii ojca kryło się ziarenko prawdy.

Równolegle z historią Tori poznajemy losy Naoko Nakamury, niespełna osiemnastoletniej dziewczyny, żyjącej w 1957 roku. Pochodzi ona z konserwatywnej rodziny ceniącej tradycję, przez co czuje się uwiązana, ponieważ rodzina naciska na małżeństwo zaaranżowane z ważnym wspólnikiem ojca w interesach. Naoko jest jednak zakochana w młodym marynarzu i sprzeciwia się rodzinie, próbując znaleźć własną drogę do szczęścia, gdzieś pomiędzy postępowymi ideami jej ukochanego, a tradycyjnym wychowaniem, które wyniosła z domu. Staje więc przed niewyobrażalnie trudnymi wyborami, które niosą za sobą nieodwracalne konsekwencje. 

I tak, jak napisałam wyżej, romans był. Jednak tłem dla tego romansu była sytuacja społeczna w Japonii w 1957 roku. Kraj dopiero podnosił się po okupacji amerykańskiej, która trwała od 1945 do 1952 roku. Nadal jednak w Japonii stacjonowali amerykańscy żołnierze, do których większość Japończyków była wrogo nastawiona (przed wybuchem II wojny światowej w Japonii panowały bardzo nacjonalistyczne nastroje, a wojna tylko pogorszyła sytuację społeczną). Dlatego związki między Japonkami a Amerykanami były absolutnie nieakceptowane, a dzieci pochodzące z takich mieszanych związków mierzyły się ze społecznym odrzuceniem. Po stronie amerykańskiej wcale nie było lepiej - dowódcy wojskowi nie chcieli wydawać zgód na śluby amerykańskich żołnierzy z Japonkami, a cała biurokracja znacząco utrudniała sprowadzenie żony do ojczyzny. Do tego nawet jeśli się to udało, Japonki często były szykanowane przez inne żony w amerykańskich bazach wojskowych. 

Czytelnik towarzyszy Naoko w tej podróży, podczas której wspólnie poznają realia ówczesnej Japonii, gdzie miłość daje nadzieję na lepsze jutro, ale czasem nawet to jest za mało, żeby to lepsze jutro nadeszło. A decyzje, przed którymi stanie Naoko, mogą się położyć długim cieniem nie tylko na jej przyszłości. I dlatego poznajemy też perspektywę tej "przyszłości", a naszej teraźniejszości.

Książka oparta jest na faktach, ojciec autorki został kiedyś wyrzucony z ceremonii picia herbaty z konserwatywnego japońskiego domu. To zainspirowało Anę Johns do dokładniejszego zbadania historii Japonii, a owocem tych badań jest "Kobieta w białym kimonie".

Ja osobiście książką byłam absolutnie zachwycona. Była to podróż dwóch kobiet do lepszego poznania siebie, do zbudowania swojej tożsamości - siedemnastoletniej Naoko w 1957 roku, która była gotowa odrzucić rodzinę i tradycję dla miłości oraz trzydziestoośmioletniej Tori, która w chwili śmierci ojca poczuła, jakby go straciła dwa razy ze względu na jego tajemnice. Poznając ich historie czuje się razem z nimi miłość, radość, smutek, tęsknotę... towarzyszy się im w każdej tej emocji, a obrazowe opisy autorki ułatwiają wczuwanie się w ich sytuację. Ostatecznie jednak obie kobiety wyszły z tej próby obronną ręką, chociaż nie tak, jak sobie to na początku wyobrażały. I nie tak, jakbym ja, jako czytelnik, tego dla nich chciała. 

Mam nadzieję, że Ana Johns jest w trakcie pisania kolejnej powieści, która również ukaże się w polskim nakładzie. Czuję, że to ponownie będzie książka, którą warto będzie przeczytać. 

Komentarze

Popularne posty