Diney Costeloe "Skazane na poniewierkę"
Kolejna książka do kolekcji, która w jakiś sposób nawiązuje do czasów II wojny światowej. Do tego zachwyciła mnie klimatyczna okładka, więc tym bardziej nie mogłam się jej doczekać. Trochę mnie przeraziła objętość - 600 stron! Ale ostatecznie okazało się, że czyta się ją naprawdę szybko. Ja osobiście pochłonęłam ją w dwa dni.
Rita ma 9 lat, a jej siostra Rosie - 5. Wojna niedawno się skończyła i wszyscy organizują swoją rzeczywistość od nowa. Dla matki dziewczynek jest to spore wyzwanie - kobieta straciła na wojnie męża, czuje się przytłoczona obowiązkami i samotnym macierzyństwem. Dlatego szybko decyduje się na ponowne zamążpójście. Jednak nowy mąż stawia jej okrutne ultimatum... albo on, albo dziewczynki. Mavis pod presją podpisuje w końcu dokumenty, zrzekając się praw rodzicielskich, wmawiając sobie, że niedługo dziewczynki wrócą do domu. Jednak gdy Rita i Rosie wpadają w tryby systemu, sprawa się komplikuje. To nowy opiekun prawny podejmuje wszystkie decyzje i utrudnia rodzinie dziewczynek kontakt z nimi, a żeby zupełnie go uniemożliwić, decyduje się wysłać je z Anglii do Australii. I wydaje się, że to jest bilet tylko w jedną stronę...
Ten opis przyciągnął moją uwagę. Podobno była to dość standardowa procedura przed wybuchem wojny i była kontynuowana również po wojnie, zanim uszczelniono system pieczy państwowej. Dzieci z angielskich sierocińców przesiedlano do Australii, aby z czasem tam zostały i stały się częścią miejscowej społeczności. Przyznaję się - nie sprawdziłam tym razem czy faktycznie tak było, dlatego napisałam "podobno".
Co się zaś tyczy samej książki... Szybko się ją czytało, to fakt. Ale przede wszystkim dlatego, że jak najszybciej chciałam ją skończyć! Dla mnie czytanie jej to była udręka totalna, aż mąż się ze mnie naśmiewał, że sama wyznaczyłam sobie jakąś tragiczną pokutę i był ciekaw za co. I... serio... było aż tak źle. Losy sióstr przypomniały mi słynną Serię Niefortunnych Zdarzeń, tylko w złym guście i fatalnie napisane. Wszystko co złe musiało się akurat przytrafić siostrom Stevens, które w magiczny sposób wzbudzały dosyć szybko antypatię swoich nowych opiekunów.
No to litania narzekania się zaczyna: płytkie i monotonne postacie. Autorka usiłowała pokazać, że Rita jest niezależna i odważna oraz, że inspiruje ludzi w swoim otoczeniu. Rosie zaś jest delikatna i wrażliwa, wymagająca stałej opieki. Miss (wstaw dowolne nazwisko z książki) to brzydka i antypatyczna kobieta, która czerpie radość z cierpienia innych, chociaż wprost nigdy by się do tego nie przyznała, nawet przed sobą. Tak utrzymany schemat da się czytać przez jakieś 200 stron, żeby czytelnik dał się zaangażować emocjonalnie. Przy 600 staje się to nudne i przewidywalne. Właściwie... wystarczy spodziewać się najgorszego ze strony Miss... whatever i już wiesz, że na pewno się to wydarzy.
Kolejny minus: książka bazuje na fakcie historycznym (którego nie potwierdziłam), że sieroty z Anglii były wysyłane do Australii. Ale właściwie przez całe 600 stron nie dowiedziałam się tak do końca dlaczego. Niby zrozumiałam ideę z opisu wydawnictwa, ale sama fabuła kręci się wokół tego, że założycielka sierocińca miała rodzinę w Australii. I tylko w jednym fragmencie książki pojawiła się informacja, że więcej sierot było wysyłanych z Anglii, chociaż nie wyjaśniono dlaczego. Przypomina mi to pewien polski kryminał, który czytałam jakiś czas temu... Generalnie miała być fajna baza pod fabułę, ale... brakło historycznej rzetelności. Równie dobrze można było te dziewczynki wysłać na Marsa - miałoby to tyle samo sensu historycznego.
No... to mamy już przegiętą fabułę, beznadziejne postacie i brak związku z faktem historycznym, który miał stanowić pień książki. To zostaje mi już tylko skrytykować styl, w jakim jest napisana ta powieść. Dla mnie był... totalnie infantylny. Tego chyba nie mogłam przeboleć najbardziej. Bohaterowie myślą co innego, a potem mówią coś zupełnie odwrotnego... a zachowują się jeszcze inaczej. Jednoznacznie źli bohaterowie, wobec których najgorszym określeniem było... uwaga... "łobuz". Serio! Zdanie "Ten łobuz zamordował mi matkę!" zamiast mnie zmrozić rozbawiło mnie do łez. Równie dobrze tam mogło być "łapserdak", "nicpoń" czy "hultaj". Takich przykładów mogłabym jeszcze mnożyć i mnożyć. Mam wrażenie, że niektóre rzeczy zostały napisane tylko po to, żeby nabić objętość, a niekoniecznie musiały się trzymać kupy. A już na pewno kupy nie trzymały się dialogi. Zwłaszcza pod koniec, kiedy to autorka zaczęła na łeb na szyję prowadzić fabułę do szczęśliwego zakończenia.
I ostatni, największy minus. Zakończenie. Które po tej serii nieszczęść było wręcz cukierkowo szczęśliwe, a niemal wszystkie krzywdy - wynagrodzone. No nie... to tak kurde nie działa chyba! I przez to zakończenie właśnie książka stała się jeszcze bardziej odrealniona dla mnie... Konstrukcją przypominało to brazylijską telenowelę: zły bogacz, który czerpie radość z cierpienia słabszych, biedny maluczki, który nie jest w stanie walczyć z bogatym... aż w końcu pojawia się wróżka chrzestna, która wszystko naprawia. Tak mniej więcej dla mnie się prezentowała ta książka.
Cóż... po tej fali jadu raczej nie mogę napisać, że ją polecam, prawda? No więc nie polecam. I zastanawiam się, jakim cudem ta autorka utrzymała się na rynku wydawniczym. Ale też wiem, że na rodzimym rynku i Katarzyna Michalak (dla mnie podobny poziom literatury) ma swoje wierne grono fanek, czego nie potrafię objąć swoim małym rozumkiem. Ja przygody z książką Diney Costeloe już nie powtórzę!


Komentarze
Prześlij komentarz