Ben Creed "Miasto duchów"

 


Co prawda nie skończyłam jeszcze czytać premier majowych, ale otworzyłam premiery czerwcowe, czego starałam się unikać... i nie mogłam się powstrzymać! Wszystkie te książki wydawały się być naprawdę interesujące! Na pierwszy rzut zawędrował kryminał Bena Creeda. Ostatnio brakowało mi dobrych pozycji z tego gatunku, dlatego mogę śmiało powiedzieć, że Ben Creed stanął na wysokości zadania i w książkę wsiąkłam. 

Jest październik 1951, Leningrad. Rewol Rossel pracuje w milicji, która nie cieszy się społecznym zaufaniem w Związku Radzieckim. Nowo utworzona formacja to zbieranina przypadkowych ludzi, często zdeprawowanych. Równocześnie są to czasy, kiedy wystarczy jeden donos, nawet nieprawdziwy i służby bezpieczeństwa sprawiają, że człowiek znika z powierzchni ziemi bez śladu. Rewol próbuje funkcjonować w tej rzeczywistości, chociaż i jego system nie oszczędził. Po torturach podczas przesłuchania musiał zrezygnować z obiecującej kariery skrzypka, a los rzucił go na wojnę, którą ledwo przeżył. Po wojsku dostał wybór, co chce robić i zdecydował się na milicję. Pewnej nocy dostaje wezwanie do miejsca zbrodni spoza swojego rewiru - akurat na pobliskim posterunku były czystki. Na rzadko uczęszczanych torach zostaje znalezionych pięć zmasakrowanych ciał. Akurat w Leningradzie są zaplanowane obchody państwowe z okazji rocznicy zakończenia oblężenia miasta, dlatego władzom zależy na szybkim rozwiązaniu sprawy. Rewol, który jest naciskany z góry, w międzyczasie odkrywa, że znał dwie z pięciu ofiar tej masakry. Starając się uniknąć skierowania podejrzeń na jego osobę, z jeszcze większą determinacją angażuje się w śledztwo, które zmusi go do zmierzenia się z własną przeszłością.

Klimat tej książki jest naprawdę nieźle skonstruowany. Duszna atmosfera wzajemnych podejrzeń, głośne chwalenie ustroju i uważna obserwacja, czy inni wierzą w nasze obywatelskie zaangażowanie. Strach na każdym kroku, ponieważ wystarczy nieuważny komentarz i można trafić do sali przesłuchań, gdzie człowiek nie ma innego wyjścia - musi przyznać się do winy, nawet jeśli ktoś inny popełnił dane przestępstwo. Tło historyczne i polityczne powieści jest naprawdę dobrze zarysowane. Osobiście urodziłam się w roku transformacji politycznych w Polsce, jednak z uwagi na własne historyczne zainteresowania sprzed lat znam literaturę i wiem, że podobny klimat panował w tym czasie i w naszym kraju. 

To teraz trochę o bohaterach... Rewol Rossel nie zarysowuje się wyraźnie jako postać. Na pewno jest to facet doświadczony przez życie, a swoimi doświadczeniami rzadko się dzieli. Stara się żyć i postępować zgodnie z własnymi zasadami. Sumiennie wykonuje swoje obowiązki zawodowe. I właściwie tylko tyle wiadomo o jego postaci, autor skupił się przede wszystkim na rozwijaniu samej intrygi. I ten zabieg mi się spodobał. Rossel jest główną postacią i poznajemy wydarzenia z jego perspektywy, ale jego osobowość nie przytłacza fabuły i morderstwa (miła odmiana w porównaniu do książek Cobena). Poza tym występuje cała gama postaci drugoplanowych, które goszczą w książce tylko przez chwilę. Na pewno nie ma tutaj rozbudowanego aspektu psychologicznego. Ale to dobrze, z uwagi na intrygę. 

Sama intryga... naprawdę dobrze poprowadzona. Zakończenie zaskakujące, choć... odrobinę przegięte (coś mi tu zazgrzytało, nie poczułam pełnej satysfakcji po poznaniu rozwiązania). Plus za spięcie wszystkich wątków, bo miałam trochę wątpliwości po co te wszystkie wspomnienia Rewola, ale one też były istotne z perspektywy rozwiązania. Ogólnie rzecz ujmując - książka miała wszystkie cechy, których szukam w dobrym kryminale i mój apetyt został zaspokojony!

Ukłon w stronę autora za wplecenie rzeczywistych postaci w fabułę i urealnienie wątku politycznego, naprowadzenie na dalsze wydarzenia, które faktycznie miały miejsce. Takie smaczki sprawiają, że książkę czyta się z jeszcze większą przyjemnością. 

Fani gatunku powinni być zadowoleni z tej lektury. 

Komentarze

Popularne posty