Stuart Turton "Siedem śmierci Evelyn Hardcastle"

 

W tym miejscu miała się dzisiaj ukazać inna książka, ale musiałam odłożyć jej czytanie, ponieważ przeżywam obecnie ogromną fascynację twórczością Turtona. Siedem śmierci... leżało na mojej półce ładnych parę miesięcy, bo zajęłam się innymi książkami i teraz mam wyrzuty sumienia, że pozwoliłam tej książce leżeć tak długo. Są fragmenty, co do których mam mocno mieszane uczucia, ale teraz już wiem, że to jest taki styl autora (w połowie Siedmiu śmierci... kupiłam najnowszą książkę Turtona Demon i mroczna toń, więc mam porównanie). Ale od początku...

Na wieczór zaplanowany jest bal w rezydencji Hardcastle'ów z okazji zaręczyn ich córki, Evelyn. Jednak tego właśnie wieczoru dziewczyna zostanie zamordowana. Przez kogo? Zadanie to przypada Aidenowi Bishopowi, który przy okazji otrzymuje instrukcję, że ma na to osiem dni, od momentu przebudzenia się do północy. Przez osiem kolejnych dni będzie przeżywał dzień śmierci Evelyn od nowa, żeby móc rozwiązać zagadkę tego morderstwa. Przy okazji każdego dnia Aiden wciela się w jednego z licznych gości w rezydencji, za każdym razem jest to ktoś inny. Jednak mężczyzna nie jest jedynym, który próbuje rozwiązać zagadkę - ma rywali. A wolność odzyska ten, kto jako pierwszy poda nazwisko mordercy. Wydaje się też, że komuś bardzo zależy, żeby ta zagadka nie została nigdy rozwiązana...

Fabuła tej książki została skonstruowana na tak wielu poziomach, że ogólnie jestem pełna podziwu, ponieważ nie pojawił się żaden zbędny wątek czy nieścisłości. Mamy więc Aidena, który musi się bardzo szybko połapać w zasadach gry, w której uczestniczy wbrew własnej woli. Początkowo się buntuje, jednak z czasem tylko w tym widzi możliwość odzyskania wolności i własnej tożsamości. Ponieważ Aiden nie pamięta kim był, zanim wcielił się w handlarza narkotyków, Bella. Najciekawszym dla mnie elementem były jednak zmiany osobowości Aidena wraz ze zmianą wcielenia. Aspekt psychologiczny tej książki niesamowicie mnie wciągnął, tj. walka bohatera o zachowanie jak najwięcej z samego siebie, nawet jeśli nie pamiętał, jaki był wcześniej. 

Ale na złożoność tej książki składa się jeszcze sama zagadka kryminalna. Gdy już się wydaje, że znamy rozwiązanie... coś się dzieje i okazuje się, że znanym faktom trzeba się przyjrzeć ponownie. Rzadko jestem zaskoczona zakończeniem książki, tym razem byłam w szoku. Ale tak, jak zdążyłam już wspomnieć, największe wrażenie zrobił na mnie fakt, że ostatecznie wszystko się logicznie domknęło, nie zauważyłam ani jednej nieścisłości. 

Żeby nie było tak kolorowo, momentami książka mi się dłużyła. Tym bardziej, że Aiden przystąpił do działania w swoim czwartym wcieleniu dopiero, wcześniej był budowany klimat rezydencji i przyglądanie się samej Evelyn Hardcastle. Dlatego początkowo miałam problem z wciągnięciem się w fabułę i książkę czytałam dość długo, jak na moje ostatnie standardy. Dopiero potem wydarzenia ruszyły z kopyta i ciężko mi się było oderwać od książki. Podobnie zbudowana jest druga książka Turtona. Wiedząc to, czytało mi się ją już o wiele przyjemniej. 

Ale dłużące się fragmenty to malutki minusik w porównaniu do reszty zalet tej książki. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek przeczytała coś podobnego. Podobało mi się bardzo, po zakończeniu mogę stwierdzić już śmiało, że autor jest po prostu genialny. Na razie mam inne plany czytelnicze, ale chętnie do tej książki wrócę, żeby na spokojnie tym razem zbadać postacie od strony psychologicznej. Ponieważ przy pierwszym przeczytaniu ważniejsza była zagadka morderstwa, szukałam każdego okrucha podpowiedzi, kto zabił. Dopiero teraz umiałabym docenić subtelne podpowiedzi rozsypane w całej książce, że cała sprawa ma jeszcze drugie dno. 

Komentarze

Popularne posty