Helen Phillips "Wizyta"

 

Nie pamiętam teraz, co dokładnie skłoniło mnie do zamówienia tej książki, gdy przeglądałam zapowiedzi na marzec. Pewnie w jakimś stopniu okładka, bo jest niepokojąca, na pewno opis, bo jest niepokojący jeszcze bardziej... w każdym razie chyba założyłam, że to będzie książka psychologiczna. I w jakimś stopniu była, ale nie w takim, w jakim tego oczekiwałam. 

Molly pracuje jako paleontolog, tj. wykopuje skamieniałości. Jej praca jest zazwyczaj nudna i żmudna, ale w Jamie, w której pracuje dokonuje niezwykłego odkrycia, które szybko przyciąga uwagę mediów i... ekstremistów. Ta sytuacja sprawia, że Molly zaczyna odczuwać silny lęk w pracy. Ale oprócz tego jest również matką, a macierzyństwo to lęk wpisany w ten zawód. Mąż Molly dostaje nagłe zlecenie, a ona zostaje sama z dwójką malutkich dzieci w domu. Nie po raz pierwszy. W którymś momencie, w nocy, słyszy kroki intruza w domu. To również nie po raz pierwszy. Molly często doświadcza omamów, wyobraża sobie najczarniejsze scenariusze. Jednak tym razem to nie były omamy, a Molly staje oko w oko z intruzem. 

To jest ten typ książki, który część czytelników uzna za genialną, a druga część za straszne dno. I niestety, ja się zaliczam do tej drugiej kategorii. Nie umiałam się wciągnąć w czytanie "Wizyty" w żaden sposób. Była dla mnie potwornie wręcz męcząca. Nie wiem czy to kwestia tłumaczenia, czy styl autorki tak strasznie mi nie pasował, ale... byłam zirytowana koniecznością dokończenia tej książki. A mam mocne postanowienie, że jak już coś zaczęłam czytać, to pasowałoby dokończyć. 

Jeśli chodzi o styl, to drażniły mnie przede wszystkim dziwaczne niedopowiedzenia i urwane myśli. Rozumiem, że to była część kreacji psychologicznej, próba odtworzenia toku myślowego, który zazwyczaj odbywa się w naszych głowach, ale w którymś momencie zaczęłam omijać całe akapity, bo nie byłam w stanie tego czytać. Niektóre dialogi również zostały tak poprowadzone. A ze względu na spory chaos narracyjny, miałam problem z połapaniem się, o co tak naprawdę chodzi.

Bo właśnie... akcja książki trochę skacze po linii czasu. Nie wiem, czy to wynikało z mojego zmęczenia, czy z konstrukcji książki, ale czasami musiałam wracać rozdział do tyłu, żeby się połapać w wydarzeniach. Ale zaczęłam być zmęczona treścią mniej więcej od trzeciego rozdziału pierwszej części, mogę się więc czepiać dla samej zasady.

Dla mnie fabuła tej książki skończyła się mniej więcej w połowie pierwszej części (z trzech). Potem się po prostu wlokła i kompletnie nic znaczącego nie wydarzyło się dalej. Ale niestety, to było nie do obronienia, skoro całość zaczyna się od wielkiego bum i dużego napięcia. Niemal niemożliwe było utrzymanie takiego poziomu napięcia przez resztę książki. 

I niestety, mój osobisty gwóźdź do trumny tej książki to budowa charakterów.... Nie kupiłam tego. Postacie są płaskie i bez wyrazu. Główną bohaterkę napędza przede wszystkim lęk i niektóre z jej zachowań są irracjonalne, ale... autorka nie poświęciła zbyt wiele czasu na zbadanie zachowania osób z różnymi formami zaburzeń lękowych. Do tego te relacje między bohaterami... są sztuczne i przerysowane, wpisane na siłę, bo sednem książki były lęki bohaterki. Które, jak już zdążyłam napisać, również nie zostały opisane zbyt przekonująco. 

Czekają mnie jeszcze trzy premiery marcowe i naprawdę mam nadzieję, że pozostałe będą lepsze i zatrą niemiłe wspomnienie z tej lektury.

Komentarze

Popularne posty