Éric-Emmanuel Schmitt "Dziennik utraconej miłości"

 

Schmitt kojarzy mi się przede wszystkim (i mam wrażenie, że nie dotyczy to tylko mojej osoby) z Oskarem i Panią Różą, a tą lekturę wspominam z zachwytem. Miałam przez jakiś czas na półce Trucicielkę, ale jej nigdy nie przełknęłam i w końcu oddałam ją do zaprzyjaźnionej biblioteki. Teraz już wiem, że styl Schmitta jest dla mnie po prostu nie do przyswojenia, bo Dziennik utraconej miłości, mimo niedużej objętości, bo raptem 240 stron, to jednak czytałam przez około 2 tygodnie. Kompletnie nie mogłam się do tej książki zabrać. 

Dziennik utraconej miłości jest niesamowicie osobistą podróżą do szczęścia człowieka, który jest pogrążony w żałobie po śmierci ukochanej matki. Jest to zbiór wspomnień związanych z postacią matki, kobiety, która potrafiła kochać bezwarunkowo i motywować jak nikt do pokonywania osobistych ograniczeń. Ta książka to swoisty pomnik tego, jaką wyrwę w sercu pozostawia śmierć kogoś tak nam bliskiego. 

Wraz z autorem przeżywamy jego wzloty i upadki w drodze do osiągnięcia równowagi. Stany depresyjne, myśli samobójcze oraz ogromną presję nałożoną mu przez matkę do spełnienia obowiązku szczęścia. Oprócz tego autor niesie jeszcze dodatkowy ciężar tajemnicy własnych narodzin i liczył na to, że matka przed śmiercią wyjawi mu ten sekret. 

I nie wiem tak do końca, co poszło tutaj nie tak. Książka stanowi zbiór krótszych i dłuższych anegdot, opisów z życia. Są to wspomnienia matki, ale również opis własnych przeżyć. Jest napisana lekkim, poetyckim językiem. Generalnie w małych dawkach podobała mi się bardzo. Ale jak jednego dnia narzuciłam sobie reżim przeczytania iluś tam stron, żeby móc się zabrać za kolejne pozycje z rosnącej systematycznie kupki, to potem przez kilka dni nie byłam w stanie jej ruszyć. Aż się wzięłam za inną książkę w tym czasie. W końcu ją skończyłam, ponieważ zżerało mnie poczucie winy, że okazałam się być takim słabeuszem - obiecałam sobie, że nie zacznę czytać nowej książki, dopóki nie skończę już zaczętej... a równocześnie Paragraf 22 nadal leży i czeka... ehhh...

Wracając do książki - być może na moją niechęć do książki miał fakt, że nie mam tak dojmujących doświadczeń związanych z żałobą. To nie tak, że tego nie przechodziłam. Ale nie były one tak... wyolbrzymione? Nie umiem znaleźć lepszego określenia. Ta książka wydawała mi się być wręcz przesadzona momentami, aż za bardzo emocjonalna. Ale to są moje osobiste spostrzeżenia, bo ja nie umiem tak bardzo przeżywać emocji.

Ogólnie jednak odbiór mam pozytywny, to jest naprawdę piękna książka. Pełna mądrych i życiowych przemyśleń na temat miłości i radzenia sobie ze stratą. Jednak nie jestem przekonana czy po Schmitta sięgnę jeszcze kiedykolwiek w życiu. To chyba jednak nie jest mój styl.

Komentarze

Popularne posty