Kristin Hannah "Firefly Lane"
Ostatnia książka autorstwa Kristin Hannah doczekała się w końcu przeczytania. I ja się dowiedziałam już po przeczytaniu, że ma kontynuację! Będę musiała mocno przemyśleć czy pchać się w czytanie drugiej części, bo już po tej jestem usatysfakcjonowana zakończeniem.
W latach 70-tych na Firefly Lane przeprowadza się wraz z matką Tully Hart, rezolutna czternastolatka, która wychowuje się bez wyraźnego wzorca i bez poczucia bezpieczeństwa. Poznaje rówieśniczkę z sąsiedztwa, zupełnie od niej różną. Kate jest nieśmiała, pełna kompleksów, ale równocześnie jest oczkiem w głowie swoich rodziców. Tully szybko staje się popularna, podczas gdy Kate przemyka się na obrzeżach szkolnej społeczności. A jednak pewne wydarzenia sprawiają, że dziewczynki zaprzyjaźniają się ze sobą, a przyjaźń ta trwa przez kolejne dziesięciolecia. Wspólnie przeżywają sukcesy zawodowe Tully, którą napędza pragnienie sławy i uznania oraz rozterki rodzinne Kate, która wybiera rodzinę ponad karierę zawodową. Aż do czasu, gdy następuje między nimi rozłam, a życie postawi ich przyjaźń przed niewyobrażalną próbą.
To jest moja czwarta książka tej autorki i już poprzednim razem pisałam o pewnym wzorcu, który dostrzegam w budowaniu postaci, dlatego Firefly Lane czekało na przeczytanie tak długo. To i fakt, że osoba, która się zachwyciła ekranizacją swoim działaniem skutecznie mnie do tej książki zniechęciła. Z resztą... czytając ją, jakbym trochę czytała o relacji, na której sama się zawiodłam, jak książkowa Kate. Ale! wracamy do tematu. Hannah w każdej z czterech książek, które przeczytałam, przeciwstawiała sobie dwa charaktery: impulsywną, ekspresywną, pełną ideałów i marzeń "silną i niezależną" kobietę - zbudowaną według wszelkich możliwych stereotypów na ten temat, bo jej bohaterki z tą osobowością są pozbawione wszelkich skrupułów i autorefleksji, że mogą kogoś skrzywdzić oraz drugi typ: cichą myszkę, nieśmiałą, pozbawioną asertywności, lojalną do bólu, poświęcającą się rodzinie, która raz w życiu pozwoli sobie na jakiś wyskok, ale potem musi go "odpokutować". Tylko konfiguracja się zmienia. I czasami efekt końcowy.
Lubię czytać książki obyczajowe, gdy postacie są wyraziste i poruszają emocje. I Kristin Hannah to zapewnia, ale... jak czytam książki innych autorów to ich postacie różnią się między sobą na różne sposoby. A u Hannah motyw jest do siebie tak podobny, że mi się w pamięci zacierają poprzednie książki. I dlatego właśnie na poważnie rozważam czy, mimo gorących poleceń ze strony czytelników, nie odpuścić sobie kontynuacji Firefly Lane i zakończyć swoją przygodę z Kristin Hannah. Dylematy, dylematy...
I nasuwa mi się jeszcze jedna refleksja po lekturze, że Kristin Hannah promuje pod przykrywką przyjaźni totalnie toksyczne wzorce. Tully jest egoistyczna i apodyktyczna. Oczekuje całkowitego podporządkowania się. A przede wszystkim ostatecznie okazała się być nieszczera. A Kate przez pół swojego życia bała się jej mówić o swoich wątpliwościach i nie dotykała ważnych tematów, ponieważ jej "przyjaciółka" nie potrafiła jej wysłuchać. No i ok... potem Tully się zrehabilitowała. Ale z perspektywy patrząc, ta relacja dla żadnej z nich nie była zdrowa. One były o siebie systematycznie zazdrosne i podejmowały decyzje, którymi się krzywdziły. I były strasznie oceniające. Może ja źle rozumiem przyjaźń, ale jeśli moja miałaby tak wyglądać, to ja nie chcę takiej przyjaźni. Ja nie mówię, że w relacji ma być totalna szczerość, ale jeśli świadomie manipulujemy ważnymi faktami i wprowadzamy przyjaciela w błąd, to rozwalamy najważniejszy fundament przyjaźni - zaufanie. I ja niestety czegoś takiego doświadczyłam, dlatego uważam, że relacja Tully i Kate jest toksyczna.
Sama książka i jej fabuła są naprawdę przepiękne, jak się nie zagląda za bardzo na zaplecze. Moja znajoma była nią zachwycona i po latach nadal się nią zachwyca. Mi osobiście czegoś brakowało, ale może jestem zbyt wymagającym czytelnikiem. Niełatwo mnie zadowolić tak w pełni. Przy czym ogromny plus, narracja Hannah wciąga na tyle, że książkę pochłonęłam błyskawicznie. W ostatecznym rozrachunku... pewnie bym poleciła komuś innemu, ale bez tej tyrady, którą napisałam wyżej, żeby tej osoby nie zniechęcić :)
Tymczasem!


Komentarze
Prześlij komentarz