Velérie Perrin "Życie Violette"
Tę pozycję poleciła mi koleżanka, która nadal pozostaje pod dużym urokiem tej książki, mimo że czytała ja już jakiś czas temu. Wielokrotnie powtarzała, że powinnam ją przeczytać i że na pewno będę oczarowana. No po takiej reklamie to miałam zdecydowanie wysokie oczekiwania. A to niestety nie wróży nic dobrego dla książki i tym razem było podobnie. Ale od początku...
Życie Violette to historia kobiety w średnim wieku (wychodzi mi, że około czterdziestopięcioletniej), która po dramatycznej stracie córki i ucieczce męża podejmuje pracę jako dozorczyni cmentarza i uczy się cieszyć z małych rzeczy, poszukując stale kontaktu ze zmarłą córką. Są pokazane jej losy od czasu poznania męża, aż po ludzi, którzy potem pomogli jej uporać się z paraliżującą ją żałobą.
Historia Violette jest przejmująca i mocno angażuje czytelnika. Jej postać również jest interesująca. Violette została oddana przez matkę po porodzie i trafiła do systemu, gdzie przerzucano ją z jednej rodziny zastępczej do drugiej. To bardzo wpłynęło na jej osobowość i potrzebę przynależności, przez co zgadzała się na przemoc ze strony swojego późniejszego męża. A równocześnie były momenty, gdy wykazywała się ogromną niezłomnością charakteru. Chociażby w tym, by nauczyć się czytać, aby jej córka mogła doświadczyć cudu dobrej historii. Była też absolutnie cudowną matką, chcąc swojej córce zapewnić wszystko to, czego sama nie miała. Przez co momentami bywała nadopiekuńcza, ale w świetle późniejszych wydarzeń... każdy ich wspólny moment był bezcenny.
Zauroczył mnie wątek niezwykłej relacji między główną bohaterką a Julienem, chociaż wątek dziennika jego matki był dla mnie dość męczący. Przeszkadzało mi, że u Perrin każdy sypia z każdym, a małżeństwo niewiele znaczy. To był dość smutny obraz. Jednak wątek, który absolutnie mi nie pasował to Phillipe, mąż Violette. Mamy jego obraz budowany na przestrzeni lat - narcystyczny, niedojrzały dupek, który nie wykazuje najmniejszego zainteresowania córką, a zdarza mu się stosować przemoc. I ten właśnie facet podejmuje wysiłek, by zbadać okoliczności śmierci swojego dziecka, a z czasem przeżywa prawdziwą przemianę... Tego nie kupiłam wcale. Nie w ten sposób. Cenię sobie w autorach literatury obyczajowej konsekwencję w prowadzeniu postaci, a tutaj jej totalnie brakło.
Sama książka ma bardzo dużo uroku, mimo ogromnego smutku, który za sobą niesie. Każdy rozdział zaczyna się epitafium z nagrobka, który pokazuje, że jako ludzie kochamy tych, których straciliśmy i staramy się chwytać nadziei, mimo rozpaczy. Życie Violette to lekcja, że w każdej małej rzeczy możemy znaleźć pocieszenie i czasami radość. Nie tylko życie samej Violette to pokazuje, ale historia Irene, matki Juliena również. Chociaż nadal - będę się upierała, że był to zupełnie niepotrzebny wątek, za bardzo rozbudowany jak na potrzeby tej powieści, a wnioski za nim idące są dosyć przykre.
Czy polecam? Tak! Ale nie jestem nią tak zauroczona, jak moja koleżanka. Ale przede wszystkim będę stała na stanowisku, że to jest tylko i wyłącznie jej wina. Nie trzeba było robić takiej reklamy tej książce :) Wtedy nie miałabym takich wysokich oczekiwań względem niej i pewnie mniej bym się czepiała :)


Komentarze
Prześlij komentarz