Richard Paul Evans "Ulica Noel"
Czasami trzeba przeczytać i taką książkę. Chociaż nie do końca tego się spodziewałam, raczej typowego romansu, ale... no przeczytałam. I nawet trafiłam z okresem świątecznym. Więc śpieszę z recenzją.
Elle samotnie wychowuje synka, pracując w przydrożnym barze. Ledwo wiąże koniec z końcem, ale duma nie pozwala jej prosić innych o pomoc. Jej mąż zginął w czasie wojny w Wietnamie, a po jego śmierci przekonała się, że nie może polegać na najbliższych sobie osobach.
William dopiero sprowadził się do miasteczka i od razu wzbudza zainteresowanie wszystkich swoim nietypowym zachowaniem. Dosyć szybko okazuje się, że jest weteranem wojennym, który próbuje zbudować swoją rzeczywistość od nowa. Jest żywo zainteresowany losem Elle i jej syna.
Wydawca reklamuje tę książkę jako opowieść o trudach samotności i powracającej nadziei. Seria z "Noel" w nazwie to książki o tym, że w każdym życiu mogą narodzić się miłość i dobro. Wystarczy mocno w nie wierzyć.
I tak między nami... żałuję, że nie doczytałam do końca opisu, zanim zamówiłam książkę. Pewnie bym jej wtedy nie kupiła.
Generalnie był taki czas, że zajmowałam się rękodziełem. I do robótek ręcznych odpalałam sobie darmowe filmy na YT (Netflix nie był jeszcze wtedy dostępny w Polsce). I pech chciał, że trafiłam na serię filmów wyprodukowanych w USA, które traktowały o tym, że nieważne, co Cię w życiu spotka, jeśli zachowasz wiarę w Boga, to Twój los się odmieni. Takie słodko-pierdzące filmiki o nadziei i miłości. Zawsze ze szczęśliwym zakończeniem. No więc... Ulica Noel to takie książkowe wydanie takiego właśnie filmu.
Mamy więc Elle, niezłomną kobietę, którą życie mocno doświadczyło. Ale każda przeciwność losu utwierdza ją tylko w przekonaniu, że musi starać się bardziej. Więc cały czas walczy. I mamy Williama, pokiereszowanego przez życie weterana wojennego, który sam nie wie czego chce, a przypadkiem daje mu to Elle. Oczywiście zakochują się w sobie, ale wtedy... wtedy następuje zupełnie spodziewany zwrot akcji, bo tego rodzaju książki mają zawsze określony schemat, żeby były bardzo dramatyczne... i na końcu wszystko się rozwiązuje dzięki wierze w Boga.
Bohaterowie są schematyczni i mało wyraziści. Dramaturgia podkręcona na maksa. Książka ślizga się po obrzeżach romansu, bo dużo ważniejsze jest przesłanie na temat nadziei. To taka naiwna opowiastka ku pokrzepieniu serc. Żeby było lżej, kiedy życie daje kopniaka w tyłek. Cóż... nie trafia do mnie taka literatura, więc nie spędziłam zbyt miło czasu. Ale skoro już kupiłam, to przeczytałam. Jak zwykle z resztą. A teraz... teraz spieszę się czytać kolejną książkę. Chcę koniecznie dobić do setki w tym roku, a czasu coraz mniej!

Komentarze
Prześlij komentarz