Harlan Coben "Mów mi Win"
Kiedy mój Mąż zobaczył, że czytam książkę Harlana Cobena, stwierdził: "Tak narzekasz na tego pisarza, a go czytasz". Cóż... narzekam! I ponownie przekonałam się, że miałam rację. Przebrnęłam dosyć szybko, jak przez wszystkie książki tego autora i teraz zaczynam narzekać tutaj :)
Tym razem w roli głównej Coben obsadził najlepszego przyjaciela Myrona Bolitara, Windsora Horne'a Lockwooda III, czyli nieco psychopatycznego milionera z kompleksem Batmana. Bo od tego właściwie zaczyna się książka - Win dosyć mocno sponiewierał faceta oskarżonego o prześladowanie klientki zaprzyjaźnionej prawniczki. Więc kiedy przesłuchuje go policja, najpierw podejrzewa, że tym razem nie zatarł dokładnie śladów. Policja jest nim jednak zainteresowana, ponieważ w luksusowym apartamentowcu zostały odnalezione zwłoki, a przy nich bezcenny obraz skradziony przed laty rodzinie Wina oraz teczka z jego inicjałami, którą otrzymał w prezencie lata temu.
Ponieważ sprawa dotyczy jego najbliższej rodziny, Win natychmiast angażuje się w odkrycie sprawcy, starając się równocześnie chronić rodzinne sekrety, chociaż nie wie nawet, jak głęboko skrywanej tajemnicy dotknie.
Zacznę od tego, że intryga jest naprawdę dobrze skonstruowana. Ale to nigdy nie był mój zarzut w kierunku Cobena. Wbrew pozorom luźne, niepowiązane wątki potrafi doskonale skleić w całkiem logiczną całość, więc to, co wydaje się być śledztwem po omacku, z czasem zaczyna się układać w coś większego. Za to duży plus, bo akurat tutaj nie mogę narzekać. Było też lekkie odwrócenie uwagi wątkiem pobocznym, faktycznie niezwiązanym ze sprawą (pokiereszowany prześladowca). Ogólnie: plusik za to.
A teraz o tym, co mi się nie podobało. Przede wszystkim - sztampowi bohaterowie. No za każdym razem są dokładnie tacy sami. Już mi się zlewają wszystkie postaci wymyślone przez Cobena. Właściwie nawet nie można powiedzieć, że wymyślone. Oni są wszyscy identyczni, niezależnie od płci. Tylko nazywają się inaczej. I tutaj nawet Coben nie popisuje się kreatywnością, bo jego fani płacą mu za używanie ich imion i nazwisk w swoich powieściach. Serio, w którejś książce było podziękowanie dla fana, który wniósł taki datek.
Dwa: dialogi. Jestem przekonana, że nikt na świecie ze sobą nie rozmawia w taki sposób, jak wykształceni i bogaci... I te niby zabawne teksty, które zalatują sucharem. Pseudosarkazm, powielany w każdej książce, kwestie wypowiadane przez KAŻDEGO głównego bohatera Cobena. Masakra...
Trzy: I to, co mnie denerwuje najbardziej. Wprowadzenie mordercy do trzeciego, max piątego rozdziału. I tutaj też się tak wydarzyło. I szczerze - natychmiast zaczęłam podejrzewać tę osobę, mimo w miarę neutralnego wprowadzenia jej. Bo to był wątek wpleciony, moim skromnym zdaniem, od czapy. I się nie pomyliłam.
Solennie sobie obiecałam, że już nigdy więcej po książki Harlana Cobena nie sięgnę. Po prostu nie. Niestety, Coben skończył się po trzeciej swojej powieści. Teraz po prostu trzepie hajs na utartych schematach. A mi szkoda na to kasy. Czy warto? Dla samej intrygi - raczej nie.

Komentarze
Prześlij komentarz