Pam Jenoff "Łączniczki z Paryża"
Bywa u mnie tak, że mam fazę na określoną tematykę książek. Obecnie są to czasy II wojny światowej. Przede wszystkim są to historie kobiet, które musiały przetrwać tamte czasy. Opisywałam tutaj już Motyla i skrzypce oraz Wróbla w getcie, które bardzo mi się podobały jeśli chodzi o wątek wojenny, a niekoniecznie mnie urzekł wątek współczesny. I właśnie ze względu na tamte książki moją uwagę przykuły Łączniczki z Paryża. I... naprawdę się nie zawiodłam!
Manhattan, 1946 rok. Grace Healey, młoda wdowa po amerykańskim żołnierzu, próbuje poukładać swoje życie na nowo. W tajemnicy przed rodziną podejmuje pracę w Nowym Jorku, w kancelarii prawnej. Pewnego dnia, będąc już spóźnioną do pracy, skraca sobie drogę przez dworzec kolejowy. Tam przypadkowo wpada na porzuconą walizkę. Zaciekawiona Grace otwiera walizkę i znajduje zdjęcia młodych kobiet w żołnierskich mundurach. Pod wpływem impulsu dziewczyna zabiera zdjęcia ze sobą. Potem dowiaduje się, że walizka należała do Eleanor Trigg, obywatelki Wielkiej Brytanii, która zginęła pod kołami samochodu zaraz obok dworca. Grace próbuje odnieść zdjęcia, jednak walizka znika. Próbując odnaleźć kogoś, komu mogłaby oddać zdjęcia, natrafia na historię kobiecej komórki pracującej w ramach SOE - Zarządu Operacji Specjalnych, brytyjskiej służby specjalnej ds. dywersji i sabotażu.
Tak naprawdę powieść składa się z trzech wątków, po prostu Grace stanowi świetne wprowadzenie. Oprócz tego jest też historia Eleanor, która stworzyła program dla agentów-kobiet oraz Marie, jednej z agentek wysłanych w teren.
Tłem są wydarzenia poprzedzające D-Day z 6 czerwca 1944 roku. Zarząd Operacji Specjalnych decyduje się na rekrutację kobiet, ponieważ ich agenci są regularnie aresztowani lub mordowani we Francji. Prawdopodobnie problemem jest fakt, że większość francuskich młodych mężczyzn zostało wcielonych do wojska lub siedzą w więzieniach za dezercję. Jednak brytyjscy wojskowi sceptycznie podchodzą do tego planu, nie wierzą, że kobiety sprawdzą się w terenie. Mimo tego, kilkadziesiąt młodych kobiet bierze udział w szkoleniu. Ich głównym zadaniem jest przesyłanie meldunków drogą radiową. Z czasem wychodzi na jaw, że Niemcy odnaleźli jedną z radiostacji, a z czasem udało im się nawiązać łączność radiową z Londynem. Książka ukazuje historię, w której rząd brytyjski zdecydował się na podtrzymanie łączności, mimo dekonspiracji planu, żeby przesyłać Niemcom fałszywe informacje nt. inwazji, ale dla podtrzymania pozorów podawał również prawdziwe informacje o swoich agentach, poświęcając ich życie dla dobra większości. Przesłaniem jest to, że w wojnie nie ma wygranych i przegranych, a zarówno Brytyjczycy, jak i Amerykanie, decydowali się na działania, które otwarcie zarzucali Rzeszy.
Jednak najważniejszym wątkiem w powieści jest siła kobiet, ich odwaga i determinacja, ale też wiara w siebie. Eleanor po trudnych wydarzeniach ze swojego życia w pełni poświęca się pracy i stopniowo buduje swój autorytet wśród podwładnych. Równocześnie jest świadoma, że inni wyśmiewają jej pomysł na agentów-kobiety i tym bardziej zależy jej na sukcesie dziewcząt. Częściowo dlatego nie zauważa, że zostaje uwikłana w polityczną jej przełożonych. Marie, po latach przemocy psychicznej i fizycznej ze strony ojca, a później po opuszczeniu przez męża, wydaje się, że w końcu znalazła swoje miejsce na świecie. Jej motywacją do działania jest pięcioletnia córeczka. Równocześnie bycie agentką zmusza Marie do codziennego pokonywania własnych ograniczeń, strachu, który towarzyszy jej na każdym kroku. I w końcu Grace, zrozpaczona wdowa, która najbardziej boi się włożenia jej w społeczne ramy i oczekiwania rodziny. Badanie historii agentek SOE pozwala jej na zobaczenie, że nie jest bezsilna i może sama kształtować własną przyszłość. Jej wątek niby nie jest tak ważny, jak wydarzenia wcześniejsze, ale niesie istotne przesłanie.
Chociażby po moim opisie widać, jak bardzo przeżywałam tę książkę. Wessało mnie totalnie w historię i jeszcze potwierdzałam fakty w niej wyczytane. Stąd wiem, że autorka poświęciła naprawdę sporo uwagi temu, żeby zbudować jej autentyczność, mimo że same bohaterki są postaciami fikcyjnymi.
Pod kątem konstrukcji bohaterów też nie mam żadnych zastrzeżeń. Postacie są wielowymiarowe, łatwo się jest z nimi utożsamić. Ich odczucia były naprawdę ludzkie - każda miała własne motywacje, którymi się kierowała, a akty odwagi często wynikały z potrzeby chwili, a nie dlatego, że bohaterstwo miały we krwi. Wplecione wątki miłosne były nienachalne, dzięki czemu można się było więcej dowiedzieć o bohaterkach, ale nie skupiać za bardzo na samym romansie.
Mam wrażenie, że to nie jest moje ostatnie spotkanie z twórczością Pam Jennof. Autorka specjalizuje się w książkach nawiązujących do czasów II wojny światowej, a że ostatnio mnie to fascynuje... to chyba się skuszę na pozostałe jej dzieła. Ale wcześniej muszę dokończyć kwietniowe premiery, których nie zdążyłam niestety doczytać w maju... Muszę więcej uwagi poświęcić tym książkom, które już mam!


Komentarze
Prześlij komentarz