Andrés Barba "Małe rączki"
Chyba muszę przemyśleć swoje kryteria wyboru książek. Tym razem kierowałam się okładką, która mnie wprost zachwyciła. Nawet za bardzo nie sprawdzałam streszczenia książki. No i ponownie książkę kupiłam z dużym wyprzedzeniem, więc nawet nie pamiętałam, że ją zamówiłam, gdy odbierałam paczkę z księgarni. Gdybym wiedziała, co kupuję, nigdy bym po tą książkę nie sięgnęła, tak bardzo odbiega od tego, co lubię czytać. Jednak w jakiś sposób... podobała mi się. I to nawet bardzo.
Marina to siedmioletnia dziewczynka, której rodzice giną w wypadku samochodowym. "Ojciec zginął na miejscu, a matka zmarła w szpitalu". Dziewczynka sama jest ranna i dochodzi do siebie w szpitalu. Potem trafia do domu dziecka. Jej pojawienie się wzbudza silne emocje wśród wychowanek. Są zafascynowane nową koleżanką, są o nią zazdrosne, chcą ją pokochać, są wobec niej agresywne. A sytuacja cały czas eskaluje.
Ta książka nie jest długa. Biorąc pod uwagę rozłożenie linijek na stronach, rozmiar czcionki, ilustracje... to nieco ponad sto stron. A równocześnie Barba od pierwszego słowa angażuje czytelnika na takim poziomie, z jakim się jeszcze nie zetknęłam. Tym bardziej, że historia na pierwszy rzut oka wydaje się być naprawdę prosta. Ale zostaje w głowie na długo, a poszczególne fragmenty i wydarzenia wracają do człowieka niepostrzeżenie, zupełnie znienacka i ponownie zmuszają do refleksji. Historia Mariny ma drugie, a nawet trzecie dno i warto jest poświęcić więcej czasu na lekturę, żeby móc tą książkę dobrze przetrawić.
Małe rączki to nie tylko historia siedmioletniej sieroty oraz obraz jej świata przed i po, historia odarcia z dzieciństwa i zmuszenia do patrzenia na świat dorosłym okiem. To też studium przypadku przemocy i agresji, refleksja nad tym, jakie emocje popychają nas do zachowań agresywnych - jest o fascynacji, zazdrości, niepewności, strachu... Ale też o społecznej bezradności dorosłych, gdy w świecie dziecka pojawia się przemoc.
Język, jakim jest napisana jest bardzo liryczny. Autor sięga po poetyckie odniesienia, jego opowieść jest przesiąknięta różnego rodzaju symbolami i niedopowiedzeniami. Ten zabieg jeszcze bardziej przykuwa czytelnika do książki, zmusza do osobistej refleksji i interpretacji. Sam temat na pewno wzbudza silne poczucie dyskomfortu i tak, jak miałam ochotę odłożyć Małe rączki i jej nigdy nie skończyć, tak nie potrafiłam się od tej książki oderwać.
Element, który zwrócił moją uwagę to narrator zbiorowy. Również mocno symboliczny zabieg autora, zmuszający do refleksji nad poczuciem zbiorowej odpowiedzialności. Wychowanki domu dziecka zachowują się w tej narracji jak jeden organizm, który mimo wielu ciał, przeżywa to samo i ciężko jest mu zrozumieć własne emocje wywołane pojawieniem się Mariny. Równocześnie to, że jest ich tak wiele sprawia, że żadna tak naprawdę nie czuje się odpowiedzialna za agresję skierowaną na dziewczynkę. To wrażenie pogłębia narracja Mariny, w której dziewczynka nie rozróżnia pozostałych wychowanek, dla niej wszystkie są identyczne.
To jest taka książka, z której każdy wyciągnie coś dla siebie. Czytając opinie innych czytelników, zauważyłam, że większość z nich zwraca uwagę na symbolikę zabawy w lalkę. Ja skupiłam się bardziej na roli zbiorowego narratora. Jednak wydaje mi się, że żeby w pełni zrozumieć tę książkę, będę musiała do niej wrócić jeszcze raz, za jakiś czas. I wejść w nią jeszcze głębiej.
Polecam odważnym! Bo ta pozycja zdecydowanie nie jest łatwa w odbiorze i interpretacji. Ale naprawdę mi się podobała.


Komentarze
Prześlij komentarz