Irena Małysa "W cieniu Babiej Góry"
Chociaż nie jestem przekonana do polskich kryminałów, stwierdziłam, że dam im jeszcze jedną szansę w postaci literackiego debiutu Ireny Małysy pt. "W cieniu Babiej Góry". Zapowiadało się naprawdę nieźle.
Baśka Zajda to zgorzkniała policjantka po trzydziestce, która po karierze w Krakowie została zdegradowana i "zesłana" na posterunek w rodzinnej Zawoi. Powrót w te strony nie był dla niej łatwy, ponieważ miejscowi nie wybaczają błędów, a o jej powrocie krążą różne historie. Odzyskuje jednak kontakt z przyjaciółką, Izą Urbańczyk, córką lokalnego posła. Przyjaciółka wyciąga ją na wypad na Babią Górę, który ma być równocześnie jej wieczorem panieńskim - ślub Izy ma się odbyć za dwa tygodnie. Ale po całonocnej imprezie Baśka budzi się rano i znajduje ciało zamordowanej Izy.
W książce równolegle są przytaczane wydarzenia z 1969 roku, kiedy to na Babiej Górze rozbił się samolot PLL LOT 169, a wydawca tajemniczo pyta "jak te dwie sprawy się łączą?". No... każdy byłby zaintrygowany, prawda?
Początkowo było naprawdę nieźle fabularnie. Czasy współczesne zgrabnie przeplecione wydarzeniami z 1969 roku, opisane z różnych perspektyw. Nawet by się dało przymknąć oko na infantylne dialogi, które czasami są wstawione chyba tylko po to, żeby nastukać więcej stron. Atmosfera tajemnicy stopniowo się zagęszczała, a sprawa robiła się coraz bardziej skomplikowana. W końcu nawet pojawiła się osoba łącząca wydarzenia z 1969 roku ze współczesnymi... a potem coś poszło potwornie nie tak, jakby autorce brakło już pomysłów, jak pociągnąć fabułę dalej, albo jak połączyć dwa wątki, które chciała zawrzeć w książce i po prostu spartoliła końcówkę. Za dużo wątków otwartych, które się ostatecznie nie połączyły w jakiś logiczny sposób, a potem pojawiły się połączenia, których nikt w tej książce nie potrzebował (śmierć krakowskiego partnera Baśki).
Bohaterowie są płytcy i stereotypowi. Baśka to podobno doświadczona policjantka, która pracowała w narkotykowym i kryminalnym, ale praktycznie nie kojarzy faktów, a jej "przeczucia" nie pojawiają się na podstawie prowadzonego śledztwa. Po prostu trzeba było ruszyć fabułę do przodu, więc akurat główna bohaterka miała "przeczucie". W ogóle, jakbym miała spojrzeć tak całkiem z perspektywy na książkę to pracy detektywistycznej było tam niewiele. Baśka ogólnie przez większość czasu usiłowała utrzymać swoją histerię w ryzach, albo martwiła się o dawną miłość, albo prowadziła dziecinne rozmowy z dziadkiem Uciechą, w których dziadek popisywał się gwarą.
Ale nic nie przebije tego, co się wydarzyło w dwóch albo trzech miejscach w książce i tego zjawiska w żaden sposób nie potrafię wytłumaczyć. Otóż... opisywanie rzeczywistości oczami zwierząt. Po co? Dlaczego? Nic nie wnosiło do fabuły, było irytujące i... no po prostu nie mogę zrozumieć...
W sumie najciekawiej opisaną częścią były wydarzenia z 1969 roku. I tak sobie myślę, że na tym można było poprzestać, nie tworząc grubymi nićmi szytej intrygi kryminalnej w 2019 roku. Można było sfabularyzować faktyczny wypadek i napisać kryminał o rozwiązywaniu zagadki tamtej katastrofy. A po opisie 1969 roku widać, że autorka poświęciła sporo czasu na rozmowę ze świadkami tamtych wydarzeń (co sama potwierdziła na końcu książki). Więc jakiś zamysł był, ale wszystko poszło w bardzo złą stronę. Tym bardziej, że ostatecznie tajemnica katastrofy na Babiej Górze w żaden sposób nie łączy się z rozwiązaniem zagadki z czasów współczesnych, a wydawca tylko narobił mi nadziei.
Po przeczytaniu tej książki pojawiła mi się w głowie złośliwa myśl, że może polscy pisarze kryminałów mają jakiś sekretny pakt, który nie pozwala im pisać powyżej pewnego ustalonego poziomu... bo np. Polacy tworzą świetne fantasy, a kryminały mamy jakieś takie... byle jakie w większości (poza Chmielewską, Chmielewska rządzi... i Wroński też pisze dobre kryminały). Z drugiej strony pani Małysa jest pedagogiem specjalnym, a jako że ja również działam w podobnym polu wiem, że ta praca skrzywia sposób wysławiania się. I może ten cały infantylizm książki wziął się stąd właśnie.
Mimo wszystko trzymam kciuki za panią Irenę, żeby następna książka wyszła lepsza, bo ta miała spory potencjał.


Komentarze
Prześlij komentarz