Helen Fielding "Dziennik Bridget Jones"
Pamiętam, kiedy zrobiłam pierwsze podejście do Bridget Jones, jednak miałam wówczas kilkanaście lat i moja mama, która zaśmiewała się przy tej książce do rozpuku, stwierdziła, że to jeszcze nie jest odpowiednia dla mnie literatura. Że zrozumiem, jak skończę 30 lat... No i... Stało się, przekroczyłam magiczną trzydziestkę i muszę przyznać rację swojej mamie - wtedy bym tej książki nie zrozumiała. A równocześnie w międzyczasie Bridget Jones stała się postacią ikoniczną i szeroko znaną w popkulturze, dzięki serii filmów.
Tytułowa bohaterka jest po trzydziestce. Jest w wieku, w którym większość jej koleżanek jest w związkach małżeńskich lub ma stałych partnerów. Dlatego bycie singielką bardzo jej doskwiera. Obsesyjnie skupia się na własnym progresie osobowym - chce schudnąć i rzucić nałogi, jest przekonana, że dzięki temu odnajdzie miłość. A równocześnie przemawiają do niej idee feministyczne, niezależność i samowystarczalność. Ogólnie rzecz biorąc... jest pełna sprzeczności, a jej zachowanie jest nieco histeryczne.
I właśnie to jest źródłem komedii w całej książce, ta rozbieżność w zachowaniach Bridget, nieco podkoloryzowana, a w której każda kobieta może w jakiś sposób odnaleźć samą siebie i spojrzeć na siebie trochę z dystansem.
Poza tym... niech pierwsza rzuci kamień, która nie przeżywała takich rozterek miłosnych, martwiąc się o własną atrakcyjność, albo szukając miłości w nieodpowiednim mężczyźnie.
"Dziennik Bridget Jones" daje nadzieję na to, że można znaleźć miłość w zupełnie niespodziewanym miejscu i czasami zdarza się też, że nasza ukochana osoba akceptuje wszystkie nasze dziwactwa. I co najważniejsze, nie ma deadline'u na znalezienie drugiej połówki, a czasami desperackie poszukiwania tylko utrudniają odnalezienie właściwej drugiej połówki.
Jednak polemizowałabym, czy na pewno "Dziennik Bridget Jones" powinien trafić na listę #Top100. Może pod względem, o którym wspomniałam na początku, tj. wrycia się w obraz popkultury końca XX wieku... Ale na dłuższą metę nie jest to książka, którą uznałabym za jakąś wartościową.
Jednak mogę być krytyczna z uwagi na fakt, że książka ta w żaden sposób nie wpisuje się w kanon książek, których czytanie sprawia mi przyjemność. Dlatego jedyne co mi pozostaje to wykreślenie "Dziennika Bridget Jones" z plakatu i zabranie się za kolejną książkę z listy.


Komentarze
Prześlij komentarz