Ransom Riggs "Mapa dni"


Pierwsze trzy części tej serii przeczytałam już jakiś czas temu i absolutnie mnie zachwyciły. Połknęłam je w ciągu kilku dni. Potem zaczęłam czytać czwartą część, ale poczułam się nią zmęczona z jakiegoś powodu, dlatego odłożyłam ją na kolejne... ze trzy lata. Lub cztery nawet, bo pierwsze trzy książki przeczytałam jeszcze przed powstaniem bloga. A teraz jest idealna okazja do opróżnienia regału, bo powstała pilna potrzeba stworzenia przestrzeni, więc wróciłam do świata osobliwców Riggsa. 

Po wydarzeniach z pierwszych trzech części i uratowaniu świata, Jacob Portman usiłuje wrócić do swojego "normalnego" życia na Florydzie. Jednak powrót ten wcale nie jest łatwy. Bliscy uważają, że postradał zmysły, a on sam ma trudność z dostosowaniem się do szarej rzeczywistości i tęskni za przyjaciółmi. Gdy jego bliscy usiłują przemocą wywieźć go do szpitala psychiatrycznego, na progu jego domu stają jego osobliwi przyjaciele i ratują go z opresji. Jacob zaczyna udzielać im lekcji zwyczajności, by łatwiej było im się odnaleźć w normalnym świecie, jednak nic nie jest zwyczajne w świecie Jacoba. Chłopak wkrótce odkrywa tajny schron dziadka, a w nim informacje o setkach misji, podczas których dziadek ratował osobliwe dzieci. Jacob chce przejąć schedę po swoim bohaterskim dziadku, nie spodziewa się jednak, w jak ogromne kłopoty się wpakuje po drodze. 

W ten sposób rozpoczyna się podróż Jacoba i jego przyjaciół po świecie amerykańskich osobliwców, w którym utrudniony dostęp do ymbrynek wymusza inne rozwiązania i w którym rządzi słynny amerykański kapitalizm. 

W pierwszych trzech częściach najbardziej urzekającą część stanowiły klimatyczne fotografie, będące efektem eksperymentów ówczesnych fotografów. Stąd była dziewczynka z dziurą w brzuchu, chłopiec z pszczołami i wiele, wiele innych. Niestety, w czwartej części zabrakło mi tej magii. Owszem, nadal są stare, klimatyczne zdjęcia... ale brakuje im polotu, są wciśnięte na siłę. Często bez sensu. To już nie było to. I znów poczułam zmęczenie, czytając tą książkę. Tak, jakby ta czwarta część powstała na siłę, jakby autor już wcale nie miał na nią pomysłu. Przedyskutowałam ten koncept z Młodą, której ta seria się bardzo podobała i potwierdziła moje odczucia. 

Jacob z jakiegoś powodu zaczął mnie irytować. Może przerwa w czytaniu książek była zbyt duża, ale jako bohater jest... beznadziejny. Impulsywny, niby ceni przyjaciół, ale ma ich tak naprawdę w nosie. Chyba że go uratują, to wtedy są już fajni. Wątek miłosny z Emmą... męczący. Jak i sama Emma, któa chyba autorowi też zaczęła przeszkadzać, bo zrobił z niej apodyktyczną heterę. I ją też ciężko polubić.

Niestety, po takim czasie zdążyłam zapomnieć, jakie osobliwe talenty miały poszczególne dzieci pani Peregrine, brakowało mi jakiejś notatki z opisem postaci na początku. Z resztą... przy takiej mnogości wprowadzonych bohaterów - nie tylko tych najgłówniejszych, ale całym ogromie pobocznych... łatwo się jest pogubić, nawet jeśli się czyta jedną książkę po drugiej. 

Nie pamiętam też czy w pierwszych trzech częściach narracja była taka wymuszona, ale miejscami miałam wrażenie, że autor leje wodę, żeby tylko zapełnić czymś strony. Jałowe dyskusje, powtarzające się wątki w rozmowach i zbędne opisy... To wszystko sprawiło, że zaczęłam mieć wątpliwości, czy w ogóle będę w stanie wziąć się za piątą część. 

Muszę przyznać, że jestem rozczarowana tą książką. A pierwsze trzy części naprawdę mi się podobały... Na pewno nie mogę napisać, że ją polecam. Każdy czyta na własną odpowiedzialność. A tymczasem... idę szukać na półce czegoś, co pozwoli mi zapomnieć o tym koszmarku :)

Komentarze

Popularne posty