Margaret Atwood "Pani Wyrocznia"

 

Jedna z najdziwniejszych książek, które zdarzyło mi się przeczytać w życiu. I to jednej z moich ulubionych autorek, przez co stała się ona nieco mniej ulubioną. Tak, po przeczytaniu Opowieści Podręcznej i Kamiennego posłania zakochałam się w twórczości Margaret Atwood, a po tej książce... cóż, trochę się odkochałam. Ale po kolei!

Joan Foster jest pełna sprzeczności i zmian. Kiedyś walczyła z nadwagą i żyła w cieniu despotycznej matki, teraz ma figurę modelki (i zaburzenia odżywiania) i robi, co chce. Wdała się w romans z polskim hrabią, a ostatecznie została żoną rewolucjonisty, któremu nigdy się nie przyznała, że pisze pod pseudonimem popularne czytadła. W końcu decyduje się wydać coś pod własnym nazwiskiem i staje się naprawdę sławna, ale to właśnie wtedy ktoś zaczyna ją szantażować, dlatego decyduje się na ucieczkę.

Powieść jest oceniana jako jedna z najlepszych pióra Atwood. I nie będę tego negować, bo może mi zabrakło po prostu intelektu na to, by w pełni tę książkę zrozumieć. Generalnie Atwood jest na wskroś feministyczna i w każdej jej książce widać to bardzo wyraźnie. Pani Wyrocznia to portret kobiety pełnej sprzeczności, o kształtowaniu własnej tożsamości, o sztuce samostanowienia. I ok, rozumiem alegorię, ale dla mnie całość była mega ciężka do strawienia. 

Joan w każdym aspekcie była dla mnie po prostu koszmarnie irytująca. Tworząca swój wizerunek na fundamencie z kłamstw i niedopowiedzeń. Cały czas prześladowana przez cień swojej apodyktycznej matki (ciekawe przedstawienie traumy tak w ogóle). Ale postać wykreowana przez Atwood była jakaś taka... za bardzo. Przesadzona i sztuczna. Dlatego ta książka mnie tak zmęczyła chyba. 

I serio nie potrafię o tej książce napisać absolutnie nic więcej... Chyba nie umiem analizować literatury w sposób twórczy. Może to była zbyt ambitna książka, jak dla mnie :)

Komentarze

Popularne posty