Jacek Ostrowski "Zaginiona kronika"
W ciągu ostatnich dwóch miesięcy robiłam tak, że zamawiałam książkowe zapowiedzi z dużym wyprzedzeniem, żeby dostać je tuż po premierze. Ma to swoje plusy - jestem przygotowana na pewien wydatek i minusy, bo dopiero po kilku dniach ukazują się pierwsze recenzje książek, które są na tyle szczegółowe, że można się nimi zasugerować. Tak więc w momencie, kiedy trafiłam na poniższy opis, byłam naprawdę zaintrygowana. Czyżby pojawił się polski odpowiednik "Kodu Leonarda da Vinci"?
Niektóre tajemnice nigdy nie powinny zostać odkryte.
Dziennikarz Jacek Krawczyk wchodzi w posiadanie tajemniczego sztyletu, co uruchamia nieoczekiwaną machinę wydarzeń.
Tymczasem w Watykanie kardynałowie wpadają w panikę. Przeprowadzają dochodzenie i okazuje się, że zaginione dawno temu dokumenty są tak ważne, że w razie ich ujawnienia mogą zachwiać pozycją Kościoła.
Jaki związek z poszukiwanymi dokumentami ma sztylet? Z kim przyjdzie zmierzyć się Jackowi w walce o prawdę oraz własne życie?
Jacek Ostrowski udowadnia, że każda jego kolejna książka jest jeszcze lepsza!
/Opis wydawcy/
Jednak wysokie nadzieje sprawiają, że zawód jest tym boleśniejszy. Bo "Zaginiona kronika" okazała się być naprawdę słabą książką, a lista jej minusów (tym razem robiłam skrupulatne notatki, żeby o niczym nie zapomnieć), spokojnie mogłaby być tak długa, jak dystans między Płockiem a Watykanem. Zacznijmy jednak od początku.
Jacek Krawczyk, dziennikarz śledczy, piszący dla jednej z gazet (tu pojawia się pierwsza niekonsekwencja, bo w miarę, jak zagłębiamy się w książkę, okazuje się, że jest bardzo znany i sławny, nieważne gdzie się pojawi, wszyscy znają jego reportaże - osobiście nie potrafiłabym wymienić nazwiska żadnego polskiego dziennikarza śledczego, nawet znając jego reportaż), jest przy okazji pasjonatem historii. Przypadkiem na aukcji trafia na sztylet, który przykuwa jego uwagę. Udaje mu się nabyć przedmiot, ale szybko okazuje się, że znajduje się w niebezpieczeństwie. Ktoś włamuje się do jego mieszkania, żeby odzyskać sztylet, dostaje telefoniczne pogróżki. Uciekając przed prześladowcą, Jacek musi wyjechać do Płocka. Towarzyszy mu Monika, dawna miłość z czasów studenckich, której również zaczął zagrażać ten sam morderca, chociaż z niezrozumiałych dla mnie powodów.
Docierają do Płocka. Oboje lokują się w domu, który Monika odziedziczyła po dziadkach, którzy zmarli na COVID-19. Wkrótce za nimi przybywa również morderca. Jednak już nie chce, żeby Jacek oddawał mu sztylet, teraz ma, oczywiście pod groźbą śmierci, odnaleźć zaginione 900 lat wcześniej kroniki Galla Anonima. Ich treść zagraża całej instytucji kościoła katolickiego, dlatego też kardynałowie w Watykanie wpadają w panikę i uważnie przyglądają się działaniom Krawczyka i jego partnerki. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy okazuje się, że również Mossad wkroczył do akcji i jest zainteresowany poszukiwaniami kronik.
Cóż... dobrnęłam do końca książki i tylko dlatego wiem, że ostateczny rezultat poszukiwań dobił i tak grubymi nićmi szytą intrygę. Autor tak rozdmuchał wydarzenia w książce, że właściwie nie było dobrego zakończenia, żeby to uratować. A równocześnie książka ma raptem 300 stron. Więc dając tak dużo wydumanych komplikacji, nie było innego wyjścia - to musiało po prostu runąć z łoskotem, bo nie trzymało się kupy kompletnie.
Gwoździem do trumny (i to nie jedynym) tej książki zdecydowanie były dialogi. Sztuczne, tak jakby rozmawiali ze sobą uczniowie szkoły specjalnej, a nie ludzie wykształceni czy nawet dostojnicy kościelni. Nie wiem czy była jakaś strona, gdzie nie przewróciłabym oczami na głupotę dialogu czy nie poczuła zażenowania (!), czytając kolejny tekst na podryw w wykonaniu Jacka Krawczyka. Tekst bardziej godny osiedlowego lowelasa w ortalionie, który zaprawia swoją odwagę procentami, a nie wykształconego, znanego dziennikarza. I najgorsze jest to, że te dialogi ze strony na stronę robiły się coraz głupsze, a postacie w książkach były coraz bardziej niestabilne emocjonalnie (co rusz śmiały się lub rechotały, w najdziwniejszych momentach). Jeśli miały być pisane z poczuciem humoru, to jest to humor na poziomie dawnej gimbazy.
Ale szczerze jest parę rzeczy, o które chciałabym dopytać autora, Jacka Ostrowskiego:
- Dlaczego, gdzie nie pojawiałby się Gracjan, natychmiast zdarzały się morderstwa? Rozumiem, że niedopisaną częścią jest to, że to on mordował. Ale po co? Dlaczego? Jest to spora niekonsekwencja, bo przecież Gracjan ma wyraźnie określoną misję, którą realizuje nieprzerwanie. Skoro jest on przede wszystkim posłuszny poleceniom, to dlaczego? O tyle bogatsza byłaby ta książka, gdyby autor opisał też perspektywę Gracjana.
- Po co tyle postaci dodatkowych, skoro sam autor nad nimi nie panował i się wśród nich gubił? Kompletnie nie rozumiem pojawienia się Jankowskiego, wydawało mi się, że to był przewodnik, który skierował Jacka i Monikę do swojego krewniaka, a potem się okazało, że jednak nie. Totalnie straciłam orientację, kto jest kim w którymś momencie...
- Postać Wojciechowskiego - jego rodzice nie żyją, bo mieliby ze 130 lat, ale on żyje. No... załóżmy, że mieli go w późnym wieku i jest to dosyć wiekowy bohater drugoplanowy. Ale wątpię, żeby staruszek w okolicach dziewięćdziesiątki był w stanie logicznie przekazać wskazówki z nożem tkwiącym w piersi. Gdzie tu sens? Gdzie logika?
- Jacek Krawczyk jest kilkukrotnie przedstawiony jako Indiana Jones... ale mam wrażenie, że jakiekolwiek postępy w śledztwie zawdzięcza duchom! Jak on sobie radził ze swoimi wcześniejszymi reportażami, jeśli duchy zaczął widzieć dopiero jak znalazł sztylet? Poza tym, jak na to, że autor podkreśla inteligencję Krawczyka na każdym kroku, to w ogóle zachowuje się on jak dziecko we mgle... I jak to jest, że za każdym, absolutnie za każdym razem, gdy kręcą się po jakiejś lokalizacji, spotykają kogoś, kto przygląda im się dłuższą chwilę i akurat ma dla nich informację, której potrzebują? Jeden raz by był wiarygodny... ale za każdym razem? Brzmi jak brak pomysłu, jak akcję rozwinąć lepiej.
- Jak to jest, że Jacek i Monika wiedzą, że ktoś czyha na ich życie i muszą rozwiązać zagadkę, żeby mieć szansę na przetrwanie, ale mają czas zamówić przewodnika po Płocku? Ona dostrzega brudne firanki i chce je prać? W ciągu jednej nocy ususzyli marihuaninę (to już w ogóle jakaś fikcja literacka jest - nie żebym miała jakieś doświadczenie, ale jak np. suszyłam lawendę to mi się dobre dwa tygodnie zeszło...). Po co w ogóle ten wątek z zielskiem?
- I co jest z tą linią czasu?! Siedzą kilka dni w Płocku, potem się bujają po całej Polsce, a potem nagle mija miesiąc? I przez ten miesiąc Gracjan nie próbował ich ani razu zmotywować do większego wysiłku? Ale dobra - to jeszcze biorę na klatę. Ale fakt, że Gracjan, watykańscy wysłannicy i Mossad, wszyscy wiedzą, gdzie oni mieszkają, a im dopiero po miesiącu przyszło do głowy, że nie jest tam zbyt bezpiecznie i się trzeba przenieść?! Niekonsekwencja goni niekonsekwencję.
Ale po całej lekturze mam wrażenie, że COVID-19 został tam wciśnięty tylko jako zapychacz, żeby było o czym pisać, jak autorowi zabraknie pomysłów. Upominanie siebie nawzajem za brak maseczek, przewracanie oczami na łamanie obostrzeń... taka trochę zasłona dymna dla braków w fabule... Dzięki temu autor mógł się podzielić swoimi przemyśleniami (Jacek Krawczyk był zwolennikiem teorii, że Chińczycy specjalnie wypuścili wirusa). Z resztą to nie jedyne bogate przemyślenia autora wciśnięte w te 300 stron. O policji i duchownych też sobie można przeczytać. I ktoś może powiedzieć, że przecież to tylko książka. Ale po sposobie opisywania pewnych instytucji można się zorientować, że Jacek Ostrowski za nimi nie przepada osobiście.
I na sam koniec muszę stwierdzić, jeśli to była najlepsza książka Jacka Ostrowskiego (bo cytuję: Jacek Ostrowski udowadnia, że każda jego kolejna książka jest jeszcze lepsza!), to ja się boję sięgać po jego inne książki. Boję się, że może być coś jeszcze gorszego, niż to.


Komentarze
Prześlij komentarz