Frank Herbert "Mesjasz Diuny"

Na fali pierwszej części sięgnęłam po drugą. I już teraz wiem, że trzecia będzie musiała chwilę zaczekać, bo muszę odetchnąć od uniwersum Herberta. 

Fremeni pokonali Harkonnenów i imperialnych sarduakarów, a Paul poślubił księżniczkę Irulanę i zasiadł na tronie Imprerium. Pustynna Arrakis, zwana Diuną, jest stolicą wszechświata. Tymczasem stare ośrodki władzy - Bene Gesserit i Gildia Kosmiczna - z pomocą fremeńskiego kapłaństwa i Bene Tleilax zawiązują spisek przeciw nowemu Imperatorowi. Czczony niczym bóg, Paul Muad'Dib wpada w pułapkę, choć zna każdą chwilę swojej przyszłości, każdy swój ruch, każdą decyzję i - przede wszystkim - swój straszliwy koniec...

/Opis wydawcy/

Paul został Impreatorem. Mimo podjętych wysiłków, nie udało mu się zatrzymać Dżihadu Muad'Diba i wielu Fremenów wyruszyło do walki z jego imieniem na ustach. Paul, jako Imperator, próbuje wprowadzić ujednolicony system administracyjny w państwach, a za administrację odpowiedzialni są jego kapłani. Arrakis, poza stolicą wszechświata, staje się również centrum kultu Muad'Diba, gdzie zjeżdżają pielgrzymi. 

Kolejnym rozporządzeniom Paula uważnie przyglądają się Bene Gesserit (wściekłe, że nie mogą kontrolować długo wyczekiwanego Kwisatz Haderach) oraz Gildia Kosmiczna, która do momentu objęcia władzy przez Paula, kontrolowała przepływ przyprawy w kosmosie. Nic dziwnego więc, że zawiązują spisek w celu usunięcia Imperatora. Do spisku dołącza nawet jego żona, Irulana, którą kierują zupełnie inne pobudki - chce dziecka z prawego łoża i czuje się upokorzona, że Paul stawia Chani nad nią. 

Po pierwszej entuzjastycznej reakcji na "Diunę", teraz, czytając "Mesjasza", poczułam rozczarowanie. Wątek Paula został rozbudowany w taki sposób, że ciężko jest utożsamić się z bohaterem książki, w którymś momencie przestaje się go lubić. W pierwszym tomie młody Atryda zaskakuje swoją dojrzałością i przebiegłością. Zdecydowanie sięga po władzę. Jako mentant chłodno kalkuluje fakty, gromadzi informacje, by później wykorzystać je na swoją korzyść. A w "Mesjaszu..." zrobił się odrętwiały i niepewny. Niby zna ścieżki losu, a równocześnie sprawia wrażenie jakby mu się mieszała rzeczywistość z wizjami, przez co pozostaje bierny. Nie będę się nawet pastwić na Chani, która w "Diunie" była pewna siebie i waleczna... w "Mesjaszu" jest po prostu bezbarwna, wtopiła się w tło.

Po raz kolejny cała intryga jest absolutnie niejasna. Od samego początku wiadomo, kto chce się pozbyć Paula i niby wiadomo dlaczego, ale sam sposób przeprowadzenia intrygi jest dziwny i sprzeczny, a interesy każdego ze spiskowców zdają się stać sobie nawzajem na drodze. Brakuje też wyraźnego antagonisty, postacie ogólnie są płytkie i ledwo muśnięte.

"Diuna" była swego rodzaju traktatem o filozofii, ekologii i socjologii. W "Mesjaszu" pewne przemyślenia na temat społeczeństwa są wplecione na siłę. Często są też przeintelektualizowane i budzą mój sprzeciw. 

Stąd też robię sobie chwilowo przerwę od uniwersum Diuny. Na pewno do niego wrócę - już zdążyłam kupić wszystkie tomy, ale na razie mam serdecznie dość Atrydów i Fremenów. 

Komentarze

Popularne posty