Georgette Heyer "Zbrodnia wigilijna"
Trochę ciężko jest nazwać tę książkę premierą 2020, bo oryginał został wydany w 1941 roku... ale skusiłam się po przeczytaniu streszczenia i naprawdę nie żałowałam zakupu.
Święta Bożego Narodzenia w Lexham Manor będą tego roku inne niż zwykle, a nastrój - daleki od świątecznego...
Gdy gospodarz tej pokaźnej posiadłości, zasłużenie cieszący się mianem starego sknery, Nathaniel Herriard, zostaje znaleziony martwy z raną w plecach, na sześcioro bożonarodzeniowych gości pada podejrzenie o popełnienie zbrodni. Chociaż w tym wypadku kluczowa wydaje się delikatna kwestia dziedziczenia po zamordowanym, prawdziwą zagadkę stanowi pytanie, kto z podejrzanych mógł wejść do zamkniętego na klucz pokoju i dokonać tego potwornego zabójstwa.
Inspektora Hemingwaya ze Scotland Yardu czeka niezwykle trudne zadanie. Każdy spośród gości Lexham Manor coś przed nim ukrywa, każdy wzbudza nieufność...
/Opis wydawcy/
Zacznę od tego, że to jest kryminał napisany w naprawdę dobrym stylu. Mamy wyrazistych, nietuzinkowych bohaterów, z których żadnego tak naprawdę nie da się polubić na dłuższą metę. Przede wszystkim na pierwszy plan wysuwa się Joseph, brat pana domu, który kilka lat wcześniej wrócił do kraju wraz ze swoją apatyczną małżonką i zamieszkali wspólnie w Lexham Manor. Joseph to taki wujek dobra rada - stara się zawsze załagodzić sytuację, jest dobroduszny i prostolinijny, przez co mało taktowny. Zdecydowanie całej reszcie towarzystwa gra mocno na nerwach. Zupełnie jak jego żona, Maud, która akurat teraz przeżywa fascynację cesarzową Sisi i wszystkich zamęcza ciekawostkami na jej temat, głoszonymi beznamiętnym tonem. Jest też Nathaniel Herriard, pan domu, skąpy i wiecznie niezadowolony, wygłaszający swoje opinie, jakby miały moc prawną. A równocześnie, poznając dynamikę jego relacji z Josephem, ciężko się dziwić, że jest cały czas zły, bo tak naprawdę brat nigdy nie bierze jego zdania pod uwagę. Podobnie było z organizacją przyjęcia bożonarodzeniowego, któremu Nathaniel zdecydowanie się sprzeciwiał, ale Joseph i tak je zorganizował, zapraszając szóstkę gości.
Mamy więc:
- Stephena Herriarda, gburowatego bratanka Nathaniela i Josepha. Do Lexham Manor przyjeżdża wraz ze swoją narzeczoną, Valerie Dean, śliczną dziewczyną, której główną aspiracją życiową (wpojoną przez despotyczną matkę) jest wyjść bogato za mąż. Nathaniel jest przeciwny ich związkowi i jest to powodem kłótni między nim, a Stephenem.
- Paulę Herriard, aspirującą aktorkę, czekającą na swoją życiową rolę, której towarzyszy Willoughby Roydon, aspirujący dramatopisarz. Paula jest zdeterminowana prosić stryja o pomoc finansową przy wystawieniu sztuki Roydona, gdzie ona grałaby główną rolę, napisaną specjalnie dla niej. Jednak odczyt sztuki bulwersuje Nathaniela i doprowadza do kłótni z Paulą, w której stryj odmawia jej pieniędzy.
- Edgara Mottisfonta, wspólnika Nathaniela w interesach. On również kłóci się z panem domu, któremu nie podoba się sposób prowadzenia interesów przez Edgara.
- Mathildę Clare, daleką kuzynkę Herriardów, zdystansowaną i trzeźwo patrzącą na wszystko, co się dzieje wokół niej. Tilda od samego początku jest sceptycznie nastawiona do przyjęcia bożonarodzeniowego i widzi, jak obecność wszystkich gości wpływa negatywnie na nastrój Nathaniela.
Mamy więc na początku wprowadzenie w relacje między bohaterami, które wskazują jasno, że niemal każdy z nich miał wyraźny motyw do popełnienia zbrodni. A później... Nathaniel Herriard zostaje zamordowany w zamkniętym na klucz pokoju przed kolacją wigilijną, kiedy oficjalnie wszyscy są zajęci przygotowaniami do przyjęcia. Miejscowa policja gubi się w zeznaniach podejrzanych, do tego komendant policji bardzo dobrze zna rodzinę Herriardów, dlatego do zbadania zbrodni zostaje wezwany inspektor ze Scotland Yardu, który po kolei bada wszystkie tropy.
I tutaj następuje pierwszy ogromny plus tej książki. Jest w niej mnóstwo bohaterów, ale wszystkie postacie są prowadzone w sposób absolutnie konsekwentny. Interakcje między nimi mają mocno humorystyczny wymiar, dialogi są spójne i logiczne, a fabuła trzyma się kupy i nie jest rozwlekła. Inspektor prowadzący śledztwo bada kolejno wszystkie tropy, co stopniowo doprowadza go do sprawcy - jednak na samym początku każdego traktuje jak podejrzanego, ponieważ widzi, że każdy coś przed nim zataja. Pozornie nieistotne wątki stopniowo układają się w jedną całość, co pozwala w końcu aresztować mordercę.
Ta książka zdecydowanie była ucztą dla smakosza kryminałów, zwłaszcza w kontekście tak dobrze prowadzonych postaci, co osobiście w książkach bardzo cenię. Mam taki zwyczaj, że najpierw czytam pierwszy rozdział, potem ostatni, a potem środek. I muszę się przyznać, że w tym przypadku nie zaglądałam na koniec książki dla samej przyjemności prowadzenia śledztwa wraz z inspektorem Hemingwayem. Przyznaję się też, że mój spaczony umysł podejrzewał osobę, która pojawiała się często i w sposób mało logiczny, okazało się jednak, że się mylę, co już w ogóle bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło.
Postanowienie na 2021 rok - przeczytać jeszcze przynajmniej jeden kryminał autorstwa Georgette Heyer, jeśli tylko uda mi się takowy znaleźć w tłumaczeniu. Ale to dopiero jak przeczytam te ponad 30 książek, które zdążyłam już kupić w szale przedświątecznych zakupów i promocji... więc może to trochę potrwać.


Komentarze
Prześlij komentarz