Margaret Atwood "Testamenty"

 

Obiecałam sobie, że nie będę wrzucać tutaj innych postów, niż o książkach z #Top100. Musiałam nieco zrewidować swój światopogląd. 1) Lektura "Testamentów" zmusiła mnie do pewnych przemyśleń, którymi chciałam się podzielić, a 2) przeczytałam ostatnio kolejną książkę, po której kupiłam wszystkie powieści tego autora i o nich też chyba chciałabym tu napisać. Ale... wracamy do "Testamentów".

Od wydarzeń przedstawionych w „Opowieści Podręcznej” minęło piętnaście lat. Sytuacja Republiki jest dramatyczna. Brakuje jedzenia, na świat przychodzą zdeformowane, słabe dzieci, umierają też Podręczne, czyli niewolnice, których zadaniem jest rodzić. W tym kraju przemocy żyją obok siebie Ciotka Lidia, surowa i okrutna funkcjonariuszka Gileadu oraz młodziutka Agnes, przygotowywana do roli Podręcznej (Ciotki - błąd w opisie wydawcy). Ich losy obserwuje z jak dotąd bezpiecznego dystansu Daisy, nastolatka mieszkająca w Kanadzie. Jaki los spotka mieszkańców Gileadu? A raczej jaki los czeka świat, w którym powstał Gilead?

/Opis wydawcy/

Po lekturze "Opowieści Podręcznej" przeczytałam kilka wywiadów z autorką. Byłam zafascynowana Gileadem, chociaż opuściłam go z ulgą. Margaret Atwood 30 lat broniła się przed napisaniem drugiej części "Opowieści..." i teraz już rozumiem dlaczego. 

Powrót do Gileadu znanego mi z pierwszego tomu był trudny. Tym trudniejszy, że od wydarzeń z pierwszej książki minęło piętnaście lat i sytuacja w kraju uległa znacznemu pogorszeniu. Czytelnik ma okazję obserwować ją z perspektywy Ciotki Lidii, młodziutkiej Agnes, a także Daisy, szesnastolatki mieszkającej w Kanadzie, obserwującej w mediach sytuację w Gileadzie. 

Ciotka Lidia, jedna z założycielek Ardua Hall, którą Freda z "Opowieści..." wspomina ze zgrozą, nagle okazuje się być zupełnie inna. Z chirurgiczną precyzją odsłania przed czytelnikiem kolejne hipokryzje systemu, który pomagała tworzyć. Przedstawia swoją historię, jak to się stało, że trafiła do Ardua Hall. Z jej opowieści wyłania się obraz silnej, zdeterminowanej kobiety, którą cechuje ogromna wola przeżycia. A jednak pozostaje jakiś niesmak, kiedy czyta się jej opowieść. Aż do samego końca książki ciężko jest zapałać do niej sympatią, chociaż chyba to celowy zabieg autorki. 

Agnes, adoptowana córka jednego z Komendantów, żyje w świecie, w którym wyznacznikiem statusu jest liczba posiadanych Mart. W domu Komendanta są trzy, znaczy, że jest kimś ważnym. Dziewczynka przez całe swoje życie jest otoczona bańką i docierają do niej tylko nieliczne informacje, o tym, jak naprawdę wygląda sytuacja w kraju. Nawet nie wie, że jej adopcyjna matka, jedyny jej sprzymierzeniec w domu, jest śmiertelnie chora. Gdy umiera, druga żona Komendanta chce szybko wydać niechcianą pasierbicę za mąż. Uciekając przed tym losem, Agnes szuka ratunku w Ardua Hall i decyduje się na szkolenie na Ciotkę, mimo że jest osobą raczej niewierzącą i obawia się, że jej nieszczerość zostanie przejrzana. 

Daisy jest szesnastolatką z Kanady, która wchodzi w wiek, gdzie chce zacząć zajmować stanowisko w sprawach politycznych. A w Kanadzie jest głośno o zbrodniach Gileadu, nawet bardzo głośno. Są liczne protesty, demonstracje poparcia, chociaż oficjalnie Kanada pozostaje neutralna wobec Gileadu, żeby nie rozpoczynać wojny. I w jednej z takich demontracji udział bierze Daisy, co ściąga na nią i jej rodzinę uwagę Gileadu, który od lat poszukuje "wykradzionej im" przez Fredę Małej Nicole. Mała Nicole stała się pewnym symbolem kulturowym, ponieważ w Kanadzie jest postrzegana jako symbol wolności i jest promyczkiem nadziei dla kobiet uwięzionych w Gileadzie, dla Gileadu z kolei powrót Małej Nicole jest sprawą propagandową. 

Książkę czytało mi się bardzo dobrze, połknęłam ją w niespełna 24 godziny. I z jednej strony książka mi się podobała, bo stanowiła pewne domknięcie tematu, pozwoliła odetchnąć po negatywnych emocjach związanych z przeczytaniem pierwszego tomu (obecnie "Opowieść Podręcznej" czyta mój Mąż i sam przyznaje, że wizja świata w nim przedstawiona jest przerażająca i mogą się po niej śnić koszmary).

A z drugiej... jestem trochę rozczarowana, bo... uwaga! Książka domyka temat. Odczuwam silną ambiwalencję w tym miejscu. "Opowieść..." podobała mi się bardzo, bo zostawiała dużo pola do domysłów, własnych teorii. Można było włożyć w powieść kawałek siebie. "Testamenty" odbierają taką możliwość. Ukazują jasne zakończenie i nie ma tu już miejsca na własną interpretację. Mam wrażenie, że autorka zrobiła to tylko po to, żeby nikt więcej nie męczył jej o drugi czy kolejny tom. Ona już nie musi wracać do Gileadu, który sama stworzyła, a którego nie lubi (i nie ma co się dziwić, nikt nie lubi Gileadu, kiedy o nim czyta). 

Kolejna rzecz, która mnie uderzyła w "Testamentach" to jasny podział na dobrych i złych. To znaczy... prawie, bo jest jeszcze nierozstrzygnięta kwestia Ciotki Lidii. Ale jej opowieść dokłada informacji o tym, kogo mamy lubić, a kogo nie. W "Opowieści..." ta kwestia była do własnej refleksji. Tam ktoś mógł być Aniołem, ale działać dla Mayday. Podręczne miały własną siatkę informacyjną. Komendanci chowali w swoich gabinetach książki, czasopisma i stroje prostytutek z dawnych czasów - byli... ludźmi. "Testamenty" nie są w tej kwestii tak subtelne i jedyną osobą, która wzbudza mieszane uczucia jest wspomniana już kilkukrotnie Ciotka Lidia. 

Mimo wszystko książkę gorąco polecam! Na pewno jest to jedna z tych pozycji, nad którymi warto się pochylić. 

Komentarze

Popularne posty