Michael Sowa "Tam gdzie nie pada. Ballada o śląskim Teksasie"


Ta książka mnie zainteresowała przede wszystkim przez wątek historyczny w niej zawarty. Potem przeczytałam informacje na temat autora i jego postać również mnie zafascynowała. I już wtedy wiedziałam, że książkę będę musiała kupić. No to kupiłam...

Jest rok 1834. Polska oficjalnie nie istnieje, a Polacy i Ślązacy znajdują się pod pruskim zaborem. Niedawno ogłoszono uwłaszczenie chłopów, jednak niemal żadnego chłopa nie stać na wykup ziemi z majątku, dlatego nadal odpracowują pańszczyznę. Nie inaczej jest we wsi Płużnica. Rok 1834 jest kolejnym, kiedy na ludzi spada klęska nieurodzaju ze względu na wiecznie padający deszcz i w oczy zagląda im widmo głodowania. Wówczas do braci Moczygembów przychodzi list z Ameryki, od ich brata zakonnika, że w Teksasie jest ziemia, która na nich czeka. A w Teksasie nigdy nie pada. Wieść o wyjeździe Moczygembów szybko obiega wszystkie okoliczne gospodarstwa i na wyjazd decydują się niemal wszyscy mieszkańcy wioski.

Zakwalifikowałam Tam gdzie nie pada... do fikcji historycznej, ponieważ bohaterowie przedstawieni w książce są prawdziwi i autor ma dobre źródła historyczne. Faktycznie w USA istnieje miasteczko o nazwie Panna Maria, założone przez śląskie rodziny z Płużnicy. Obecnie mieszka tam zaledwie 98 osób (info z Wikipedii), ale co roku zjeżdża do miasteczka nawet kilka tysięcy, żeby obchodzić polskie święta rocznicowe. 

Sama historia jest więc fascynująca i warto się nią zainteresować. Autor ma lekkie pióro, a wątki są opisane w taki sposób, że czytelnik łatwo wciąga się w losy Poradów, Moczygembów i pozostałych rodzin z Płużnicy. Ale... zawsze musi być jakieś ale, prawda? Były momenty, kiedy fabuła mi się ciągnęła strasznie, bo akcja rozwijała się niezwykle wolno. I nie musiało tak być, autor po prostu niepotrzebnie wrzucił niektóre wątki. Np. opisy odczuć kota. Już to gdzieś przerabiałam, że świat był opisywany ni w pięć ni w dziewięć oczami zwierzęcia... wtedy mi się to nie podobało i nie podobało mi się teraz. Gryzło mi się z resztą fabuły. Było jeszcze kilka wątków, przy których miałam podobne odczucia, ale ten kot najbardziej mi się rzucił w oczy. 

Druga rzecz... w książce jest bardzo pokreślone, że mieszkańcy Płużnicy identyfikowali się jako Ślązacy, którzy krytykują Polaków za zbytnią poddańczość wobec pruskiego zaborcy. I nie przeszkadzało mi to, dopóki nie zbadałam sprawy na własną rękę. Panna Maria jest traktowana jako najstarsza polska osada w USA, a jej mieszkańcy cały czas podkreślali swoje polskie korzenie (jako kraj pochodzenia wpisywali Polskę, mimo że nie było jej wówczas na mapach). 

Mimo to książkę polecam. Jest wachlarz barwnych postaci, dawka specyficznego poczucia humoru. I próba oddania tamtych trudnych czasów, kiedy ludzie z desperacji woleli wyjechać do Teksasu, co dla niektórych było równie abstrakcyjne, jak podróż do Wrocławia. Również budowanie swojego życia w zupełnie obcym kraju, gdzie już była duża różnorodność kulturalna jest ciekawym wątkiem w książce. Ogólnie czytało się ją dobrze, chociaż przyznaję się, że miejscami gubiłam się przy gwarze śląskiej. A byłam zbyt leniwa, żeby sprawdzać ze słowniczkiem zamieszczonym na końcu książki... Więc tutaj moja wina :)

W każdym razie... warto!

Komentarze

Popularne posty