Margaret Atwood "Opowieść Podręcznej"
Nie wiem czy jest jeszcze ktoś, kto nie zna mniej więcej fabuły "Opowieści Podręcznej". I to nawet nie oglądając serialu czy czytając książki. Zwłaszcza po ostatnim Halloween, kiedy wiele polskich celebrytek przebrało się w strój charakterystyczny dla Podręcznej.
Lekkim zaskoczeniem była dla mnie informacja, że książka została wydana w 1985 roku. Oznacza to, że jest ode mnie starsza... W Polsce ukazała się jednak dopiero w 1992 roku. W 2019 pojawiła się druga część "Testamenty". Zakupiłam już, ale stwierdziłam, że muszę sobie odpocząć trochę od świata Podręcznych, Mart, Żon i Gospożon, więc przeczytałam w międzyczasie "Rok 1984" Orwella. Nie do końca wiedziałam, na co się piszę, czytając jedna po drugiej antyutopie. Miałam po tych książkach koszmary...
Freda jest Podręczną w Republice Gilead. Może opuszczać dom swojego Komendanta i jego Żony tylko raz dziennie, aby pójść na targ, gdzie wszystkie napisy zostały zastąpione przez obrazki, bo Podręcznym już nie wolno czytać. Co miesiąc musi pokornie leżeć i modlić się, aby jej zarządca ją zapłodnił, bo w czasach malejącego przyrostu naturalnego tylko ciężarne Podręczne mają jakąś wartość.
Ale Freda pamięta jeszcze, choć wydaje się to nierealne, że kiedyś miała kochającego męża, wychowywali córeczkę, miała pracę, własne pieniądze i mogła mówić. Ale tego świata już nie ma…
/Opis: lubimyczytac.pl/
Zacznijmy od tego, że w tej książce najtrudniejsze są przeskoki myślowe Fredy. Mieszają się czasy, myśli, trzeba naprawdę się skupić i przeczytać całość, żeby załapać chronologię. Ogromną pomocą jest epilog, który stanowi niejako podsumowanie wartości historycznej opowieści Fredy, jest taką kropką nad i. Książkę przeczytałam w jakieś 2-3 dni i chyba dzięki temu niewiele mi się wymieszało, ale również przez to miałam koszmary (strasznie się wczułam).
To, co mnie urzekło w tej książce, to niesamowicie realistyczna perspektywa przedstawionych wydarzeń. Nie ma jasnego wskazania, dlaczego się wydarzyły pewne rzeczy, które doprowadziły do powstania Republiki Gileadu. Ponieważ to jest opowieść Fredy, to wszystko jest przedstawione tak, jak ona to widziała. Z jej perspektywy, w której brak większego zainteresowania polityką.
Mamy więc Fredę, która pamięta, że kiedyś miała męża i córkę. Zna losy córki, a codzienny spacer poświęca na to, żeby sprawdzić czy na murze przypadkiem nie wisi jej mąż, chociaż bierze jeszcze pod uwagę dwa scenariusze: że udało mu się przekroczyć granicę oraz że zginął podczas ich próby ucieczki. W ten sposób bohaterka jest przygotowana na każdą ewentualność, jak sama mówi. Przede wszystkim jednak próbuje przetrwać w domu Komendanta i jego Żony. I ta wola przetrwania ściąga na nią niebezpieczeństwo: przypadkowo napotyka Podręczną z ruchu oporu, jednak z czasem traci tym zainteresowanie, Komendant okazuje się być zupełnie innym człowiekiem niż podejrzewała na początku, a jego działania ukazują Fredzie obłudę nowego systemu. Jest jeszcze zgorzkniała Żona, rozczarowana rewolucją, której była twarzą, kurczowo trzymająca się swojego męża, nieakceptująca obecności Podręcznej w swoim domu.
Napięcie zbudowane w tej książce jest niesamowite. Czytelnik czuje ciekawość już od pierwszych kilku zdań. Potem towarzyszy mu na zmianę niepokój i ulga, konsternacja, obrzydzenie... I zakończenie, którego nie ma, które pozostaje w domyśle czytelnika.
Książka jest absolutnie zachwycająca pod tym względem. Na pewno przeczytam "Testamenty", jak już przebrnę przez książkę, którą czytam aktualnie.
Przyznam się jeszcze, że sugerując się charakterystycznymi okładkami, myślałam, że są 4 części i zakupiłam jeszcze dwie książki Margaret Atwood. One też czekają na swoją kolej do przeczytania.


Komentarze
Prześlij komentarz