John Irving "Modlitwa za Owena"

 

Są takie książki, które wciągają wręcz od pierwszych stron i zapierają dech w piersiach. "Modlitwa za Owena" taka nie jest. Chociaż w końcu dech w piersiach zapiera - na samym końcu i to na bardzo długo. 

To moje pierwsze zetknięcie z piórem Irvinga i na tym etapie jeszcze nie wiem czy sięgnę po tego autora. Poruszył mnie do głębi, zagrał na każdej możliwej emocjonalnej strunie. 

Historia osobliwa i wzruszająca, okraszona czarnym humorem, pełna mrocznego, gorzkiego symbolizmu.

Najbardziej niezwykły utwór w dorobku pisarza, łączący elementy powieści inicjacyjnej i surrealistycznej, komedii, rozprawy teologicznej, pamfletu politycznego.

Snując opowieść o dorastaniu pokolenia, któremu przyszło się zmierzyć z doświadczeniem wojny w Wietnamie, autor podjął próbę przeniknięcia tajemnicy ludzkiego losu. 

/Opis wydawcy/

Narratorem powieści jest John Wheelwright, chłopiec z uprzywilejowanej rodziny zamieszkującej niewielkie miasteczko w Nowej Anglii. Jest wychowywany przez samotną matkę, oboje mieszkają w domu babci w towarzystwie jej przyjaciółki (byłej służącej) oraz dwóch służących. John jest ze wszechmiar przeciętny. A równocześnie wszystko, co się wokół niego dzieje jest absolutnie nieprzeciętne. Jego mama, miejscowa piękność i tajemnica nieobecnego ojca (jednorazowego skoku), brutalni i głośni kuzynowie, a przede wszystkim najlepszy przyjaciel, tytułowy Owen Meany. Jeśli John doświadcza czegoś niezwykłego, to zawsze dzięki Owenowi, który jest malutki, ale ma Głos i niezwykle silną osobowość, która sprawia, że wszyscy go zauważają. 

Owen jest też powodem, dla którego umiera matka Johna, chociaż był to przede wszystkim nieszczęśliwy wypadek. Zarówno John, jak i Owen, przeżywają głęboką żałobę. To z inicjatywy Owena, w późniejszym czasie, John zaangażuje się w poszukiwanie ojca. Chłopcy są niemal nierozłączni aż do swojej wczesnej dorosłości. Owen zawsze ma na uwadze przyjaciela, kiedy wybiera kolejne szkoły, ich relacje z innymi zawsze układają się w taki sposób, że w ich centrum jest przyjaciel z dzieciństwa. W pewnym sensie między nimi staje dopiero wojna w Wietnamie.

Akcja powieści toczy się przede wszystkim w latach 50. i 60., kiedy Amerykanie byli zaangażowani właśnie w konflikt zbrojny z Wietnamem Północnym. I książka jest w pewien sposób refleksją nad sensem wojny oraz nad tym, dokąd zmierza społeczeństwo. Stanowi dosyć surową ocenę Amerykanów, którzy wykorzystują społeczne podziały, żeby prowadzić działania propagandowe (nabór podczas wojny w Wietnamie prowadzono w taki sposób, żeby przede wszystkim zachęcić do zaciągania się chłopców z biedniejszych rodzin, obiecując im bohaterstwo i pieniądze - tak przynajmniej są przedstawione te materiały w książce; pojawił się nawet weteran, wojenny bohater, pozbawiony złudzeń i cyniczny, który podważa sens prowadzonych przez armię działań). 

Jest też na pewno refleksją nad istotą Boga, w którego Owen bezgranicznie i bez najmniejszych wątpliwości wierzy. Samego siebie nazywa narzędziem w rękach Boga. Natomiast John nie ma wątpliwości, bo nie jest wierzący. A równocześnie, z perspektywy czasu John dostrzega, że ich życie układało się w taki sposób, który pozwalał przewidzieć kolejne zdarzenia. Każdy z nich miał swoje przeznaczenie, które musiał wypełnić i Owen był tego boleśnie świadom (miał wizję własnej śmierci jeszcze jako jedenasto-, dwunastolatek). I niezależnie od decyzji, które podejmowali w ciągu swojego życia, w co wierzyli lub nie wierzyli, w końcu i tak przeznaczenie doszło do głosu. Kolejne karty książki odkrywają wydarzenia i symbole, prowadzące do kulminacyjnej chwili. Istnienie Boga czy jego sens nie jest tutaj poddawane żadnej dyskusji tak naprawdę. Historia Owena pokazuje, że w stosunku do każdego, nawet najmniejszego i najbardziej niepozornego (jak Owen), istnieje boski plan. 

Jest to dosyć interesujące w kontekście całego życia Owena, który nie zawsze kierował się moralnością w swoich wyborach, a ostatecznie w jego przypadku boski plan się wypełnił. To pozwala pochylić się na chwilę nad własną wiarą i własnymi przekonaniami. 

Nie byłam w stanie tak zupełnie wciągnąć się w czytanie. Były takie dni, że po przeczytaniu 30 stron musiałam usiąść i przemyśleć to wszystko. I były takie, że nie sięgałam po nią wcale, zniechęcona rozwojem akcji (tak mniej więcej do połowy, potem poszło szybciej). Ale zakończyłam ją ze łzami w oczach, a to zdarza mi się naprawdę rzadko. I chociażby dlatego gorąco polecam!

Komentarze

Popularne posty