Jarosław Grzędowicz "Pan Lodowego Ogrodu"
Pan z Wami! Jako i ogród jego! Wstąpiwszy, porzućcie nadzieję. Oślepną monitory, ogłuchną komunikatory, zamilknie broń. Tu włada magia.
Vuko Drakkainen samotnie rusza na ratunek ekspedycji naukowej badającej człekopodobną cywilizację planety Midgaard. Pod żadnym pozorem nie może ingerować w rozwój nieznanej kultury. Trafia na zły czas. Planeta powitała go mgłą i śmiercią. Dalej jest tylko gorzej. Trwa wojna bogów. Giną śmiertelnicy. Odwieczne reguły zostały złamane.
/Opis wydawcy/
No... wessało mnie. Mocno. Ja to jednak lubię dobrą fantastykę, a dawno nie czytałam tak dobrej jak ta. Świat Grzędowicza jest rozbudowany, a przy okazji spójny. A przynajmniej ja nic nie zauważyłam, podczas 3 tygodniowego maratonu z Grzędowiczem w tle. Generalnie mocno podziwiam autora, ponieważ pewne rzeczy, które wydarzyły się w pierwszym tomie są wyjaśnione w tomie czwartym i ma to sens! Chciałabym móc porozmawiać z autorem o procesie powstawania serii, bo aż ciężko uwierzyć, że pisana na przestrzeni kilku lat jest tak spójna (słabe porównanie, ale Harry Potter się w kilku miejscach rozjeżdża).
Z książki można wywnioskować, że jej akcja dzieje się w ziemskiej przyszłości. Ziemianie opanowali podróże w kosmosie i znaleźli planetę bardzo podobną do swojej, którą nazwali Midgaard. Z jakiegoś powodu cywilizacja tej planety nie jest zbyt technicznie rozwinięta, zatrzymała się na etapie średniowiecza. Tyle o niej wiadomo po kilku latach projektów badawczych. Sęk w tym, że na planecie szybko przestają działać wszelkie urządzenia elektroniczne, a ostatnia ekipa naukowców przestaje wysyłać raporty.
Vuko Drakkainen, wraz z grupą innych rekrutów, jest szkolony do przeprowadzenia misji ratunkowej. Jednak program badawczy zakłada najwyższą dyskrecję i brak ingerencji w cywilizację zamieszkującą Midgaard - chodzi tylko o jej poznanie. Dlatego nagle ucinają się fundusze do przeprowadzenia misji ratunkowej, staje się ona nielegalna. I Vuko zostaje wybrany do samodzielnego jej przeprowadzenia, na co ma rok. I w tej sposób trafia na Midgaard, gdzie akurat rozpoczynają się ciężkie czasy, bo trwa wojna bogów.
Rozmawiałam ze znajomym na temat tej książki i on stwierdził, że nie przemawia do niego wizja bohatera, który ewoluuje w jakiegoś kosmicznego super-półboga, ale... moim zdaniem to cały urok tej książki. Bohater jest nawet trochę "romantyczny". Został wysłany z misją ewakuacji badaczy, a ostatecznie wplątał się w losy miejscowych bardziej, niż chciał. Jest bohaterem z krwi i kości, zawsze robi to, co należy, mimo własnego przekonania, że doprowadzi to do katastrofy. A że przy okazji jest trochę technologicznie podrasowany, to już znamię przyszłych czasów, w których przyszło mu żyć.
Vuko mocno mi się kojarzy ze wszystkimi protagonistami Cobena. Jest wulgarny, zadziorny, bezkompromisowy. A równocześnie nie jest taki męczący, jak postacie z książek Harlana Cobena. Może dlatego, że chodziło o jedną serię (a bohaterowie Cobena są wszyscy na jedno kopyto, niezależnie od serii). Humor miejscami jest mało wysublimowany, ale idealnie oddaje postać Vuko.
I może "Pan Lodowego Ogrodu" nie należy do książek ambitnych, jego zadaniem jest przede wszystkim rozrywka czytelnika, to dla mnie ta seria jest jedną z lepszych książek fantasy, jakie czytałam. Średniowieczne społeczeństwo żyjące na innej planecie, rządzące się własnymi prawami i zasadami, gdzie brutalna i krwawa rzeczywistość splata się z magią... jeszcze bardziej krwawą, jeśli się temu bliżej przyjrzeć. Ja w trakcie lektury bawiłam się absolutnie fantastycznie.


Komentarze
Prześlij komentarz