John Green "Gwiazd naszych wina"


Są takie książki, po które nigdy nie sięgnę. Po prostu nie. Może nie tyle książki, ile autorzy. Np. Nicholas Sparks, którego kolejne tytuły z sukcesami przerabiane są na filmy (tych też nie oglądam - po jednym przekonałam się, że nie warto, ale znam ludzi, którzy je lubią). Nie wiedzieć czemu wrzuciłam w tą kategorię też Roberta Greena, autora "Gwiazd naszych wina". Cóż... podobno tylko krowa nie zmienia poglądów (nie obrażając krów, oczywiście).

Szesnastoletnia Hazel choruje na raka i tylko dzięki cudownej terapii jej życie zostało przedłużone o kilka lat. Jednak nie chodzi do szkoły, nie ma przyjaciół, nie funkcjonuje jak inne dziewczyny w jej wieku, zmuszona do taszczenia ze sobą butli z tlenem i poddawania się ciężkim kuracjom. Nagły zwrot w jej życiu następuje, gdy na spotkaniu grupy wsparcia dla chorej młodzieży poznaje niezwykłego chłopaka. Augustus jest nie tylko wspaniały, ale również, co zaskakuje Hazel, bardzo nią zainteresowany. Tak zaczyna się dla niej podróż, nieoczekiwana i wytęskniona zarazem, w poszukiwaniu odpowiedzi na najważniejsze pytania: czym są choroba i zdrowie, co znaczy życie i śmierć, jaki ślad człowiek może po sobie zostawić na świecie.

Wnikliwa, odważna, pełna humoru i ostra, to najambitniejsza i najbardziej wzruszająca powieść Johna Greena. Autor, pisząc o nastolatkach, ale nie tylko dla nich, w błyskotliwy sposób zgłębia w niej tragiczną kwestię życia i miłości.

/Opis wydawcy/

Nie czytałam książek N. Sparksa, chociaż próbowałam. odrzuciło mnie, chociaż z reguły staram się dokończyć raz zaczętą książkę (np. dlatego od kilku tygodni patrzy na mnie z wyrzutem "Paragraf 22"). Ale Sparksa, Remigiusza Mroza czy Katarzyny Bondy nie jestem w stanie czytać. Po prostu. Ale do meritum: Sparks kojarzy mi się z banalnymi wyciskaczami łez i chyba dlatego na podstawie tytułu od razu zakwalifikowałam książkę Greena do tej samej kategorii. Cóż... wyciska łzy (u mnie prawie, ostatnio poruszyła mnie tylko jedna książka, o której jeszcze nie zdążyłam napisać).

Co może czuć szesnastolatka, która dopiero zaczyna swoje życie, a już na starcie dostaje wyrok (dzięki eksperymentalnej terapii "w zawieszeniu")? John Green pokazuje, że całą masę rzeczy. Hazel czuje nie tylko depresję i rezygnację, ale też desperacką potrzebę unormalnienia tak nienormalnej sytuacji, lęk i nadzieje, małe i duże radości, miłość. Bo jest to też książka o miłości. 

Gus, w odróżnieniu od Hazel, marzy przede wszystkim o zaznaczeniu swojej obecności w świecie, najbardziej przeraża go fakt przemijania. 

Ok, może brzmi to trochę banalnie, patrząc na całokształt fabuły... Nie każdemu się ta książka spodoba, bo jest takim trochę typowym romansidłem. W jakieś recenzji (jak mam coś przeczytać z reguły staram się nie czytać recenzji innych, żeby nie wyrabiać sobie zdania, ale jak wyszukałam zwiastun to mi się pokazała) widziałam zdanie, że to zwykłe hollywoodzkie romansidło z rakiem w tle. Cóż... trudno się z tym nie zgodzić, jednak zależy kto czego szuka w książce. Mnie urzekło to, jak Hazel podporządkowała swój światopogląd pod książkę, którą przeczytała (a potem poleciła Gusowi), jak kolejne wydarzenia zmieniają ten światopogląd. Podobał mi się ukazany element wzrastania, dojrzewania. 

W sumie cieszę się, że ta książka znalazła się na liście #Top100. Znów jest to pozycja, po którą nigdy bym nie sięgnęła, gdyby nie ta lista. 

Komentarze

Popularne posty