Mariana Leky "Smutki wszelkiej maści"
Mariana Leky zadebiutowała w Polsce powieścią Sen o okapi. I nie skłamię, jak napiszę, że kupiłam tą książkę tylu osobom z różnych okazji, że w mojej ulubionej księgarni są zdziwieni, że wychodzę bez kolejnego egzemplarza. Więc jak zobaczyłam kolejną książkę tej autorki to oczywistym było, że muszę ją mieć. Nawet zaczęłam czytać, ale była tak inna od Snu..., że musiała zaczekać chwilę w kolejce.
Smutki wszelkiej maści to zbiór opowiadań, felietonów, historii z życia sąsiadów i rodziny autorki. Ciężko stwierdzić czy prawdziwych, część na pewno jest inspirowana prawdziwymi rozmowami. To są trochę takie prawdy o życiu i dorosłości, o naszych lękach i niepokojach, ale również o podejmowaniu decyzji, miłości, itp. Każde z tych opowiadań jest przy okazji lekcją optymizmu, pokazuje, że nie wszystko trzeba brać na serio.
Gdzieś przeczytałam, że wydawca nie zaznaczając jasno, że ta książka nie jest podobna do Snu... wprowadza czytelnika w błąd i naraża go na rozczarowanie. Cóż... muszę się z tym zgodzić, bo Sen... jest absolutnie cudowną książką, moją ukochaną na zawsze. Z felietonami Leky będę potrafiła się zaraz rozstać, mimo że wspaniale się przy nich bawiłam.
Nauka płynąca z lektury to fakt, że odrobina życzliwości czy uprzejmości skutecznie pomaga leczyć wszelkie smutki (wspominany wcześniej wstyd, ataki paniki, problem z podjęciem decyzji, itp.). To lekcja dobrego życia, akceptując przy okazji własne niedoskonałości, umiejąc zdystansować się do siebie samego, ale również lekcja uważności na relacje.
Wspaniała lektura na luźne wieczory. Najlepiej smakuje dawkowana stopniowo, bo każdą lekcję trzeba dobrze przetrawić. Książka podobała mi się bardzo, chociaż nie tak bardzo jak Sen o okapi i dlatego nie zagrzeje miejsca u mnie na regale. Ale nadal uważam, że absolutnie warto ją polecać dalej :)


Komentarze
Prześlij komentarz