Gareth Brown "Księga Drzwi"

 

Muszę się przyznać, że nie mam zbyt silnej woli. Umówiłam się sama ze sobą, że nową książkę będę kupowała po przeczytaniu 20 tych, które już mam na półce. Cóż... Przeczytałam siedem i weszłam niepotrzebnie do księgarni... wiedziałam, że nie będę umiała wyjść z pustymi rękami... A tę książkę miałam na liście już od jakiegoś czasu, strasznie chciałam ją przeczytać. No i jak tylko kupiłam, to oczywiście odłożyłam to, co akurat czytałam i wzięłam się za nowość...

W tym miejscu muszę się przyznać, że kupiłam dokładnie dwie książki. Więc... nie dość, że muszę przeczytać jeszcze 13 na konto tej, 20 na konto tej drugiej, to zanim będę mogła kupić kolejną nową książkę, będę musiała przeczytać kolejnych dwadzieścia z półki... Oczywiście, że mam tyle książek. Tylko czy ja wytrzymam tyle bez kupowania?!

A teraz do rzeczy... Księga drzwi to literacki debiut Garetha Browna. Z posłowia wynika, że autor pisał ją przez dłuższy czas i najpierw chował do szuflady. A potem zdecydował się spróbować szczęścia. No i warto było spróbować, bo książkę udało się wydać :) I to nawet w kilku językach. 

To, że książka była pisana w różnych okresach życia pisarza widać po stylu prowadzenia narracji. Nie wiem czy tylko mi się to ubzdurało czy faktycznie tak było, ale ja mam takie odczucie, że pierwsze rozdziały książki są mocno naiwne, takie cukierkowe. Główna bohaterka, Cassie, ma 30 lat, a zachowuje się jakby miała 18. Serio, jest infantylna strasznie. Jej przyjaciółka i współlokatorka tak samo. A mówimy o dwóch niezależnych i samodzielnych finansowo kobietach! 

Potem wkraczamy w fazę drugą, gdzie poznajemy więcej postaci, a ich historie robią się coraz ciekawsze, bardziej rozbudowane. Sama narracja robi się też mroczniejsza, a akcja bardziej wyszukana. Ostatecznie w książkę się wciągnęłam dzięki temu. Potem był taki dziwny moment, którego tak do końca nie rozumiem (czytałam to ze cztery razy i nadal nie rozumiem), a potem wracamy do dość infantylnego zakończenia. Tak, jakby pisarz napisał początek, koniec, a potem nadrabiał środek, jak go naszła wena. 

Ogromny szacun za spojone wątki. Wszystko idealnie się poukładało w całość, nie ma luźnych czy niezakończonych tematów. Ostatecznie zgrabnie wszystko się zamknęło w fabule i niejasności zostały wyjaśnione. I nawet miało to sens. Poza tym jednym fragmentem, którego nadal nie ogarniam - powstanie książek. "Propsy" za rozważania nad podróżami w czasie. Ma to sens i podobało mi się. Jestem za :)

Cassie jako bohaterka mi się nie podobała. Dużo lepsza była jej przyjaciółka. Jakaś taka sensowniejsza, zdecydowanie bardziej ją polubiłam. I tu muszę się przyznać, że w którymś momencie mnie zmęczyła mnogość postaci, szczególnie tych złych, ale ostatecznie wszystko zostało idealnie rozegrane i zrozumiałam sens wprowadzania tak wielu wątków. 

Jedyny poważny zarzut z mojej strony to fakt, że ta książka była, jak na mój gust, ciut zbyt melodramatyczna. Nie do końca jak książka dla dorosłych, raczej dla nastolatków. I chyba to mnie początkowo zraziło do mnie najbardziej. Ostatecznie jednak podobała mi się całkiem, całkiem, chociaż melodramatyczności jej nie ubyło.

Czy polecam? Zdecydowanie tak! Jako miłą odskocznię popołudniami po pracy. A teraz idę poczytać coś z tych 53 książek, które jeszcze muszę przeczytać przed kolejnymi zakupami :)

Komentarze

Popularne posty