Liane Moriarty "Niedaleko pada jabłko"
Tym razem zeszło mi się przy lekturze trochę więcej, bo jakoś nie do końca mogłam się wciągnąć. Nie była to wina książki, ale ogólnego zmęczenia, bo ostatnio trochę za dużo wzięłam na siebie i łapałam się na tym, że kilkukrotnie czytałam jedną stronę i nic z niej nie rozumiałam, dlatego odkładałam książkę na później. Mimo wszystko, uważam, ze Liane Moriarty jak najbardziej w formie! I już przechodzę do sedna.
Rodzina Delaneyów na pierwszy rzut oka jest idealna - Joy i Stan cieszą się emeryturą, mają czwórkę dorosłych dzieci, w swoim otoczeniu są szanowani i kojarzeni ze szkołą tenisową, z której wywodzi się jeden z najlepszych tenisistów w Australii. A głębiej... właśnie ma ujrzeć światło dzienne sekret, który Joy nosiła w sobie całymi latami, a który może zaważyć na losach jej małżeństwa. Przy okazji ona jest coraz bardziej zmęczona ukrywaniem go...
Aż pewnego dnia znika.
Czwórka rodzeństwa - Amy, Logan, Troy i Brooke - próbuje dowiedzieć się, co się stało z ich matką. Co oznacza tajemnicza wiadomość, którą wysłała w dniu zaginięcia? I dlaczego ich ojciec tak dziwnie się zachowuje? Ktoś zgłasza policji, że był świadkiem, jak Stan w nocy wywozi gdzieś jakiś duży przedmiot, wyglądało jak zwinięty dywan. Czy mógł wywieźć w tym dywanie ciało żony? I co wspólnego z tym wszystkim ma nieznajoma, która rok temu zapukała do drzwi ich rodzinnego domu, a którą później wielokrotnie przyłapali na kłamstwie?
Cieniem na całość kładą się nieporozumienia rodzinne, od dawna tłumione żale oraz paskudne tajemnice, które pokazują, że każda rodzina ma przysłowiowe trupy pochowane w szafach.
Liane Moriarty jest jednak specjalistką od rodzinnych sekretów. Książki, w których opisuje dynamikę rodzinną są jej najlepszymi. Być może dlatego, że tak łatwo jest to odnieść do własnej rodziny, chociaż sekrety mogą być mniejszego kalibru. Tutaj mamy siedmiu bohaterów książki. Jest Joy, która miała specyficzną relację z własną matką, a potem sama została matką czwórki dzieci, przez co musiała odłożyć marzenie o karierze sportowej. Stan, który również wyszedł pokiereszowany ze swojej rodziny pochodzenia, który traktował tenisa jako coś łączącego go z ojcem, który odszedł od rodziny. I który był świadomy, że nie jest wystarczająco dobry, żeby grać zawodowo, dlatego założył szkołę i przelał swoje ambicje na dzieci, a później na najzdolniejszego ucznia. I czworo dzieci, które zawsze czuły, że muszą z czymś lub kimś rywalizować, a potem sytuacja się powtórzyła, gdy dorośli, a u ich rodziców zamieszkała tajemnicza nieznajoma.
Gdzieś czytałam, że próbując nie popełniać błędów wychowawczych naszych rodziców nawet nie widzimy, ile błędów popełniamy my sami wychowując własne dzieci. I to zdanie jest idealnym podsumowaniem tej książki - każdy z nas wychodzi w jakimś stopniu pokiereszowany z dzieciństwa i musi się zmagać z własnymi demonami.
Powtórzę to samo, co zawsze podkreślam przy książkach Moriarty - autorka po mistrzowsku zbudowała postacie, które są wielowymiarowe i bardzo namacalne w tym wszystkim. Nawet jeśli nam się wydaje, że wiemy, jak dany bohater się zachowa, może nas zaskoczyć, a równocześnie sposób prowadzenia postaci jest absolutnie konsekwentny i autorka pokazuje, że nie było dla tej postaci innego wyboru, innego zachowania. Tak zbudowana postać to uczta dla osób zawodowo zajmującymi się pracą z innymi, pozwala spojrzeć na pewne schematy z dystansu (i bez wchodzenia w relację z daną postacią).
Fabuła jest budowana ostrożnie, a napięcie dawkowane. I nie dotyczy to tylko zaginięcia Joy, ale również relacji między rodzeństwem oraz ich stosunku do ojca, który w ich dzieciństwie był do nich mocno zdystansowany. I właściwie tylko tyle mogę napisać, żeby nie zdradzić więcej.
Na półce mam jeszcze jedna książkę Moriarty, która czeka na swoją kolej. Może się doczeka już wkrótce :)


Komentarze
Prześlij komentarz