Jessica Townsend "Nevermoor. Przypadki Morrigan Crow"

 


Są takie momenty, kiedy ja absolutnie nie powinnam wchodzić do Empiku. Ale weszłam. Głównie po to, żeby kupić pasierbicy nowe książki, bo jest molem książkowym, zupełnie jak ja. Znalazłam przypadkiem książkę, której okładka przypominała mi trochę Harry'ego Pottera. Nigdy nie przypuszczałam, że w ten sposób znajdę swoją najnowszą fascynację!

Nosić brzemię najbardziej pechowego dziecka w swoim mieście nie jest łatwo. Morrigan nie wybrała, kiedy się urodzi - a przyszła na świat w najbardziej pechowy dzień. I od samego początku wie, że nie pożyje przez to długo, ponieważ wielkimi krokami zbliżają się jej jedenaste urodziny, w które umierają wszystkie pechowe dzieci urodzone w ten sam dzień, co ona. Ale oprócz swojego własnego pecha, Morrigan jest również obarczana odpowiedzialnością za pecha innych ludzi - śmierć pupila, utrata wszystkich włosów, złe warunki pogodowe - wszystko spada na Morrigan.

Dziewczynka nie do końca wierzy w te wszystkie brednie, ale z niepokojem odlicza dnia do swoich urodzin. Szczególnie, że najbliżsi zamiast przygotowywać przyjęcie na jej cześć, powoli szykują się na pogrzeb... i to z wyraźną ulgą! 

W dniu urodzin w domu Morrigan zjawia się niecodzienny gość. Rudy dżentelmen ma dla jubilatki propozycję nie do odrzucenia, jeśli ta chce dożyć kolejnych urodzin. Jupiter wyrywa dziewczynkę z jej pechowego świata w pojeździe przypominającym olbrzymiego, mechanicznego pająka, zabiera ją do całkiem innego wymiaru, gdzie wszystko wydaje się absolutnie magiczne. Nowy opiekun chce wprowadzić Morrigan do akademii rozwijającej niezwykłe talenty, ale najpierw dziewczynka musi zdać szalenie niebezpieczne testy i rzucić komisję na kolana. Tylko jaki talent może mieć tak pechowa dziewczynka?

Pod tak wieloma względami fabuła książki przypomina mi świat HP, a pod tyloma innymi jest zupełnie różna, że niemal od pierwszych stron zakochałam się w tej książce. Sprzyjała temu choroba, bo przykuła mnie do łóżka. Nie spodziewałam się jednak, że pierwszy tom przeczytam w ciągu kilkunastu godzin, a na kolejne dwa przyjdzie mi czekać kilka dni...

Morrigan jest z pozoru zwykłą dziewczynką, więc nowa sytuacja jest dla niej bardzo trudna. Nie czuje się na tyle pewnie, żeby należeć do wspaniałej akademii Nevermooru, jednak ma ogromną potrzebę przynależności gdzieś oraz posiadania prawdziwej rodziny, dlatego godzi się na udział w testach akademii. Jest tym bardziej zdesperowana, że w Nevermoorze przebywa nielegalnie, a jeśli nie zda egzaminów wstępnych, będzie zmuszona powrócić do swojej rodziny, gdzie wie, że nic dobrego jej już nie czeka. 

Jessica Townsend stworzyła niesamowity świat, bogaty w nietuzinkowe postaci i wspaniałych bohaterów. Autorka popisała się wyobraźnią, której można jej tylko pozazdrościć. Pod wieloma względami świat Nevermooru jest o wiele bogatszy niż Hogwart. I nie jest tak mrocznym miejscem (chociaż pojawiają się również cienie i złe charaktery). Dla mnie jest to czytelnicza uczta dla czytelnika  w każdym wieku. Książka jest na tyle lekka, że jest idealna dla młodzieży, ale również dorosły mol książkowy znajdzie tutaj coś dla siebie. I być może zakocha się w tej serii zupełnie jak ja. 

To, co w tej książce mnie zachwyciło to przesłanie, że rodzina to nie tylko osoby, które są z nami spokrewnione, ale również (a może nawet przede wszystkim) te wybrane. Morrigan uczy się stopniowo ufać swojej nowej rodzinie, chociaż nauka ta nie jest dla niej wcale łatwa. I to, co jeszcze mi się w tej książce podoba to fakt, że to nie jest trójka dzieciaków przeciwko złu, ale cały system wsparcia Morrigan, by ta mogła odkryć swój potencjał.

Na tym etapie zakończę, żeby nie zdradzić, co myślę o całej serii. Bo zdążyłam już przeczytać całą! Więc... do zobaczenia ponownie!

Komentarze

Popularne posty